Michał Litwiniec – niezapisane na pięciolinii
Od kilkudziesięciu lat tworzy muzykę do spektakli teatralnych. Jest multiinstrumentalistą. Dęte instrumenty uwiodły jego duszę i jak mówi – „jestem sam w sobie muzyką. Gdy miałem 21 lat, grałem saksofonistę i moje palce dotykały klawiszy tego instrumentu. I stało się…”.
Nie czyta nut i pięciolinia nie jest dla niego. Świat, który tworzy stanowi tło do fabuły różnego rodzaju, a nieżyjący od niedawna reżyser teatralny Piotr Cieplak przez lata był dla niego bratem w tej artystycznej podróży. Grał razem z Kormoranami oraz Karbido interdyscyplinarnymi, eksperymentalnymi zespołami muzycznymi i odnosił spektakularne z nimi sukcesy. Na swoim koncie posiada nagrody oraz wyróżnienia i potrafi wydobywać unikatowe dźwięki z ponad stu instrumentów. Na scenach teatralnych, czy w kadrze kamery głównie odgrywa szalonego muzyka, ale zawsze w tonacji moll – uśmiecha się stanowczo podczas naszego spotkania, które odbyło się w mroźne popołudnie na początku stycznia Nowego 2026 Roku. Kultowe miejsce Wrocławia przy Kuźniczej 29a, dziś pod nazwą Art Cafe Kalambur, dla pokolenia dojrzałych Wrocławian i nie tylko, to strefa artystycznych dokonań teatralnych o zasięgu europejskim.
Jest dzieckiem Litwińców Haliny i Bogusława – pary, która zapisała się złotymi zgłoskami w kronikach kultury i sztuki powojennej Polski, pary dającej okno na świat w minionej epoce niechcianego PRL-u. „Na dodatek jestem jedynakiem, otrzymującym wszystko i obdarzanym miłością. Ale być właśnie jedynakiem to przerąbane – stwierdza -. Kiedy miałem chyba 16-cie lat zapytałem wprost. Hallo, dlaczego nie mam rodzeństwa! Ale oni mieli swój Kalambur, to były ich dzieci. Później dopiero dowiedziałem się, że Mama przeszła bardzo ciężki poród. Taka prawda. A ja posiadam trójkę potomków. Są już dorośli syn Roch ma 28 lat, córka Ita 26 lat i najmłodszy Lotos 23 lata”.

Naszą rozmowę w komnacie biurowej będącej jednocześnie salonem spotkań bliskiego i dalekiego szczebla umila czworonożny przyjaciel Guato zwany Guapciem (po hiszpańsku ładny), 13-letni kundelek przygarnięty ze schroniska o przeuroczym pyszczku. Przyszedł się przywitać, położył łapę na kolanach, popatrzył głęboko w oczy, następnie zaległ zasypiając na kanapie.
„ – Chciałem zostać aktorem. Ojciec wiedział, że to ciężki kawałek chleba, bo przecież w tym pracował. Powiedział idź na filozofię. Poszedłem. Zostałem absolwentem Uniwersytetu Wrocławskiego wydziału filozofii i dobrze mi z tym. W wieku dwudziestu lat wyruszyłem w trzymiesięczną podróż do Azji. Indie, Nepal, Tybet. I buddyzm, medytacje w młodzieżowym klasztorze. Wyciszenie, spokój, ciekawość. A z ojcem to zawsze były kosy, on sobie, ja sobie. Mama gasiła pożary, które on rozniecał. Dzisiaj zauważam, że mimo wszystko mam jednak jego cechy”.

Kiedy wypowiada słowo Mama czuje się w nim miłość i pełne oddanie. To jest już tonacja dur w całym sercu. Halina Litwiniec kilka tygodni temu odebrała medal „Primus Inter Pares Civitas Academica Vratislaviensis” przyznany przez Fundację Ogólnopolskiej Komisji Historycznej Ruchu Studenckiego. „Byłem na tej uroczystości” – z jaką dumą wypowiada te słowa, można tylko pozazdrościć. W jego głosie słychać ciepło i szum morza. To wyjątkowa zdolność w przekazywaniu uczuć, z której zapewne nie zdaje sobie sprawy.

„– Przejąłem po niej pałeczkę kierowania Kawiarenką pod Kalamburem. Powołałem Fundację Kalambur i działam non profit już ponad 17 lat ”. Projekty realizowane przez tę Fundację przynoszą wiele satysfakcji, jednak wymagają wsparcia finansowego. Słowa kierowane głównie pod adresem Fundatora – tu miałam czy miałem swój debiut, pierwszy wernisaż, pierwszy mój tomik poezji to honor i można byłoby robić tego więcej. Mecenasów kultury jest dzisiaj niestety niewielu. Znak czasu. Może, a może inne priorytety. Strona samorządowa w tej sferze obiecuje prawie każdemu starającemu. Trzeba stać w kolejce i jak to bywa w każdej kolejce można się nie doczekać. „ -Napisałem projekt. Zobaczymy, czy znajdzie zwolenników – z nutą rozczarowania w głosie dopowiada te słowa. I tutaj należałoby przytoczyć jedną z myśli znajdujących się na ścianach tej komnaty: Szanowni Państwo – szanujcie artystów!

– „Wie Pani staram się, żeby odwiedzający to miejsce byli zadowoleni – dodaje -. Wymyśliłem Kalapizzę. U nas wszystko musi mieć w nazwie początek Kala…. Moja pizza jest wegetariańska i czysto włoska. Wszystkie składniki pochodzą z Włoch, z Sycylii. Nawet sól sprowadzam stamtąd.”
Ja zaś pamiętam, kiedy na początku lat 90-tych minionego wieku Halina Litwiniec jako pierwsza serwowała gulasz sojowy. Był przepyszny. Przytargaliśmy do Kalamburu naszych gości, ekipę redakcji Twojego Stylu na czele z jej szefową Krystyną Kaszubą. Było nas sporo. Dziennikarze z Polskiego Radia we Wrocławiu i team z Warszawy. Smakowaliśmy dania serwowane przez Panią Halinę. Atmosfera była przyjazna, każdy gość traktowany wyjątkowo. Ogarniała wszystko. A repertuar poetycko-literacki kawiarenki była to pierwsza liga. Na przykład śpiewogra lwowska pt: „A kto z nami trzyma sztamy”. Kresowiacy, niektórzy nawet ze z łzami w oczach tłumnie zasiadali i gromko oklaskiwali wykonawców.
Co do samego Bogusława Litwińca, kiedy został wytypowany na kandydata na senatora najjaśniejszej Rzeczypospolitej III RP, Prezydent Aleksander Kwaśniewski zjawił się w Kalamburze by go zarekomendować. Był to dowód uznania za wkład w rozwój polskiej kultury. Zamknięto nawet całą ulicę Kuźniczą by dać dowód szczególnego zdarzenia.
Naszą rozmowę przerywa na chwilę kobieta – brunetka o brzoskwiniowej cerze, we francuskim, dwukolorowym wełnianym berecie, niczym z paryskiej dzielnicy Montparnasse dzielnicy artystów. Bierze stojący blejtram, krótko wymieniają słowa na znane sobie domowe tematy i woła na zaspanego Guapcię. To towarzyszka życia Pana Michała.
Pytam go o instrumenty gliniane, bowiem Michał Litwiniec należy do nielicznych w Europie, a może jest i jedynym wykonawcą scenicznym na tych instrumentach.
– „Usłyszałem głos. A teraz będziesz robił w glinie. Co miałem robić? Jedynie instrumenty. Poszedłem do Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu, poprosiłem o naukę w tym tworzywie. Gruziński wykładowca, nauczyciel tej sztuki udostępnił mi nawet kolo do tworzenia oraz piec do wypalania. I teraz pierwsze dźwięki. To było uczucie narodzin. Zrobić muzykę komedii ? Dla mnie trudniejsze zadanie. Już jak mówiłem jestem w moll. Zdradzę Pani, ze czeka mnie teraz podróż do Azji. Tam poszukam nowych instrumentów i nowych brzmień”.
Lekko zziębnięci kończymy nasze spotkanie szotem ze śliwówki. Bon Voyage.
Aleksandra Dankowiakowska-Korman
styczeń 2026 r.



Komentarze
Michał Litwiniec – niezapisane na pięciolinii — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>