Moje święta w Amsterdamie
Przyjechałem do Amsterdamu tuż przed Bożym Narodzeniem. Miasto było niskie i szerokie, jakby leżało spokojnie na wodzie, której nie chciało się podnosić. Kanały ciągnęły się prosto, a domy stały ciasno, pochylone do przodu, jak ludzie, którzy zbyt długo słuchali wiatru. Wiedziałem, że zostanę na dłużej, ale nie aż tak. Pobyt w mieście miał być odskocznią i czasowym przystankiem w mojej sytuacji życiowej. Niestety, życie płata figle, Amsterdam stał się domem na dłużej.
Amsterdam uczy cierpliwości. Zbudowany na palach, trzyma się ziemi z uporem. Każdy dom to decyzja podjęta dawno temu i podtrzymywana codziennie. Cegła jest tu ciemna, okna wysokie, a fasady wąskie, jakby miasto wciąż liczyło każdy metr. Kościoły stoją skromnie. Nie krzyczą. Mówią cicho o handlu, wierze i pracy. Rijksmuseum i stare magazyny przypominają, że bogactwo przychodzi i odchodzi, ale forma zostaje.
W Wigilię padał deszcz. Taki, który nie robi hałasu. Ludzie szli wolno, z torbami, z chlebem, z winem. Światła w oknach były ciepłe. Na mostach wisiały girlandy, proste i jasne. Rozświetlone miasto nie potrzebuje przesady. Wystarczy mu linia światła nad wodą.
Pierwszy śnieg spadł w nocy po świętach. Rano kanały były ciche, a łodzie stały nieruchomo, jakby ktoś je zapomniał. Śnieg przykrył bruk i rowery. Zrobiło się jasno. Zrobiło się zimno. Loty zaczęto odwoływać. Pociągi przestały jeździć. Komunikacja zamarła. Mój wyjazd przestał być możliwy. Zostałem.
Zima w Amsterdamie jest uczciwa. Nie udaje czegoś więcej. Śnieg padał długo i równo. Nie było burzy, tylko zimny północny wiatr. Miasto pracowało mimo to. Kawiarnie otwierały się wcześnie. Ludzie pili kawę przy oknach i patrzyli na biel. W muzeach było ciepło. Obrazy dawnych mistrzów wyglądały inaczej, gdy za szybą świat był biały. Rembrandt znał ten chłód. Vermeer znał to światło.
Chodziłem dużo. Po Jordaanie, gdzie ulice są węższe, a życie bliższe. Po De Pijp, gdzie zapachy jedzenia mieszają się z mrozem. Widziałem dom Anny Frank. Stał cicho. Historia nie potrzebuje śniegu, by była ciężka. Ale śnieg pomaga zrozumieć ciszę.
Architektura miasta mówi o porządku. O tym, że woda musi mieć granice. Kanały są jak zdania krótkie i jasne. Mosty spinają myśl. Ratusz na placu Dam stoi pewnie. Kiedyś był symbolem władzy. Dziś jest tłem dla ludzi, którzy robią zdjęcia i idą dalej. Miasto nie zatrzymuje. Pozwala zostać.
Sylwester przyszedł cicho. Śnieg nadal padał. Niebo było niskie. Fajerwerki wybuchały krócej. Dźwięk tłumiła biel. Na ulicach było mniej ludzi. Ci, którzy byli, uśmiechali się do siebie. O północy wzniesiono toasty. Proste słowa. Bez planów. Nowy rok nie obiecywał wiele. To było w porządku.
Zostałem jeszcze kilka dni. Lotnisko działało, było ciche jak pole po bitwie. Drogi były śliskie. Wszędzie biało. Śnieg padał bez przerwy od kilku dni. Nie był piękny. Był ciężki i mokry. Leżał na pasach startowych i nie chciał ustąpić. Loty były odwołane. Wszystkie. Ludzie wiedzieli to już na pamięć, ale wciąż podchodzili do tablicy odlotów. Patrzyli na czerwone napisy, jakby coś mogło się zmienić. Nic się nie zmieniało.
Mężczyzna w grubym płaszczu siedział na walizce. Pił zimną kawę z papierowego kubka. Była gorzka, ale pił ją powoli. Obok niego kobieta spała, opierając głowę o szybę. Dziecko bawiło się samolotem z plastiku, podnosząc go i opuszczając, jakby mógł wystartować tam, gdzie prawdziwe nie mogły.
Pracownicy lotniska mówili mało. Robili to, co musieli. Odśnieżali, choć wiedzieli, że śnieg wróci. Maszyny jeździły w kółko. Silniki warczały. To była ciężka praca i nikt nie udawał, że jest inaczej. Czas płynął wolno. Ludzie jedli, spali i czekali. Niektórzy się złościli. Inni już się poddali. Śnieg padał dalej. Lotnisko trwało w bezruchu. I wszyscy wiedzieli, że jedyne, co mogą zrobić, to czekać.
Miasto oddychało spokojnie. Zrozumiałem, że nie ma tu pośpiechu. Amsterdam nauczył się żyć z tym, czego nie da się zmienić: z wodą, z pogodą, z historią. Człowiek może tylko dostosować krok.
Kiedy w końcu wyjeżdżałem, śnieg topniał. Padał deszcz. Woda wracała do koloru. Domy nadal stały pochyłe. Miasto było takie samo. Ja byłem inny. Dłuższy pobyt nie był stratą. Był darem. Wystarczyło zostać i patrzeć.
A.S.








Ale piękny tekst. Gratuluje Andrzeju. Przeniosłam się na chwile do zimowego Amsterdamu. Dziękuje – Ola Dankowiakowska-Korman
Dziękuję bardzo za miłe słowa. Andrzej Skupniewski (piszę z komputera a.p.)
Andrzej!jak pieknie i poetycko!Lezka w oku sie kreci.Szkoda ,ze nie dalo nam sie spotkac. Wpadaj na wiosne/lato ,bede cierpliwie czekac na Ciebie.sciskam mocno.Ola Pajak
Witaj Olu. Dziękuję za przeczytanie i komentarz . Mam nadzieje, że Wielkanoc spędzę również w Amsterdamie z córka i wnukami,a przy okazji zobaczę sie rónież z Tobą.
Serdecznie pozdrawiam.Andrzej.