Żebrak i Pies – fragment powieści
A co tam w Różanym Dworze … Z ARCHIWUM RÓŻANEGO DWORU
Powieść napisana w 2015 roku, poruszająca temat bezdomności
Fragment powieści Autorka: Monika Maciejczyk
Żebrak i Pies
Różany Dwór 2015
Rozdział XXVI
Noclegownia
Z noclegownią to było tak jak być nie powinno. Świątek, piątek i niedziela, znaczy się
w każden jeden dzień otwarta była tylko od godziny dziewiętnastej do ósmej rano. A później to bez względu na panujący na dworze mróz czy padający śnieg , słotę czy wiatr, huragan czy spiekotę trzeba było opuścić jej bezpieczne i chroniące przed przyrodą świata mury i iść kędy oczy i nogi poniosą. Bo przecie każden jeden to wie, że bezdomny nie ma celu swej podróży, ani swego miejsca na ziemi i nikt, nigdzie na niego nie czeka.
– Każden jeden to wie – powtórzył Antonio.
– Każdy jeden, każdy jeden – szepnęłam nieśmiało.
– Przecie mówię – odpowiedział
Z czasem owo dziadostwo zdało się Antonio znośne. Całkiem znośne. Przyjemnie było wieczorem do noclegowni powrócić. Tak to po tym dniu pełnym wrażeń
i walki o przetrwanie wedle starego porzekadła, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. I tak rankiem wczesnym wyłaniał się z domu noclegowni cały rozbitek tego świata. A gdybyś przyjrzał się bliżej, a stał gdzieś to z boku i niezauważony, tak na przykład jakby to czapkę niewidkę z jednej takiej bajki mając, to spostrzegłbyś blade, zmęczone oblicza i to co na nich odmalowało życie. I to już całkiem nie było z bajki, bowiem malowało się na nich wszystko, czego może na tym padole doświadczyć człowiek. A więc utrata materii i marzeń,
utrata miejsca na świecie i jakieś dziwne zawieszenie jak w próżni kosmosu pomiędzy tym co prawdziwe, a tym czego nie znamy i boimy się bardzo. Malowała się na tych twarzach choroba, głód i wycieńczenie, prośba pokorna do dnia o łaskawość i agresja skierowana do innych ludzi. Tych, którzy mieli miejsce w tej wielkiej maszynie świata. Tych, którym się udało.
Jeden po drugim, milcząco wysnuwali się jakby z niebytu i wchodzili w dzień … jak w grę, której skutków i końca przewidzieć nie byli w stanie. Niektórzy nie wracali już nigdy. Nocą, gdy ciszę miasta przecinał ostry, zawodzący głos karetki pogotowia…ci, którzy zasypiali pod szorstkimi kocami na swoich pryczach czuli ulgę i wypełniało ich uczucie, które można byłoby nazwać namiastką szczęścia. To nie ja … nie ja … jeszcze nie ja. I wtedy naciągali swój koc na brudną głowę i nadchodził sen. Sen przerywany czasami koszmarami i głośną mową z marą senną lub krzykiem ostrym przerywającym ciszę.
Fragment powieści Żebrak i Pies Autorka : Monika Maciejczyk
Różany Dwór 2015
Rozdział XXVIII
Inni …
Filozof , Kwadrat Domina i Spadek
Był tam też Filozof i nikt nie wiedział tak naprawdę jakie było imię jego bo podając dłoń – mówił – Filozof jestem. Jego to lubił Antonio szczególnie i sam nie wiedział dlaczego. A gdy zdradził kiedyś tę swoją skłonność serdeczną to Filozof skwitował to krótko – chemia.
I szczerze mówiąc to Antonio nie wiedział o co chodzi ale czy wszystko w życiu musi być takie jasne i stąd dotąd. Wracając do noclegowni starali się trzymać blisko siebie. Na tyle blisko by móc zająć sąsiednie prycze. Długo w noc ciemną coś tam sobie szeptali, a opowiadali jeden drugiemu. Choć przeważnie to Filozof mówił a Antonio pilnie słuchał. Opowiadał o połączonej rzeczywistości co naszemu Antonio zdawało się zbyt zawiłe na jego biedną głowę. A kiedy prosił Filozofa by przybliżył tak by zrozumieć , to tamten jeszcze bardziej według Antonia wszystko gmatwał, powiadając że wszystkim nam śni się ten sam sen … na jawie. I zrozum tu Filozofa ! Jednak to przyciąganie się przeciwieństw wedle nie wiadomo jakich praw sprawiało, że przyjaźń pomiędzy nimi cementowało to coś czego nazwać nie umiemy.
Czasem to nawet rozmawiali o gwiazdach. Jednego wieczoru zdradził Antonio przyjacielowi swoją tajemnicę, zasłyszaną kiedyś od Jana Papieża opowieść o pasie Oriona i życiu, które stamtąd przyszło. I myślał głośno nasz Antonio i dywagował dlaczego to przybysze z gwiazd nie nawiązują kontaktu z nami Ziemianami. Filozof słuchał tylko i się uśmiechał. A po chwili rzekł – Antonio, oni mogą nie być podobni do nas. Oni mogą być światłem. A na koniec to nawet wyraził dosadnie swoje o tym zdanie, mówiąc do Antonia
– Nie dziw się przyjacielu , nie dziw się temu bo pomyśl przecie … kim my możemy być dla Istot o wysokiej , przewyższającej nas o tysiące lat inteligencji … Tylko cholerną bandą agresywnych, krwiożerczych, łysych małp.
Trochę to Antonia zabolało bo jakby nie było tak do końca nie czuł się ową krwiożerczą łysą małpą. Wiele wieczorów wypełniały rozmowy o narodzinach zła i tym jak rządzi ono światem.
– Gdy pracowałem jeszcze na katedrze – mawiał Filozof – to odkryłem nową koncepcję i nazwałem ją Kwadrat Domina. Myślałem , że to już dzieło finalne ale to nie jest do końca tak przyjacielu , gdyż czas i praca moja poddały weryfikacji ową teorię. Pogłębiły ją i rozwinęły do tego stopnia , że zabrakło mi niewiele czasu aby opublikować ją jako moją pracę habilitacyjną. A później, to już tylko oczekiwać na honor tytułu Profesora.
– Zamyślił się tu Filozof i rozmarzył, jednak donośne kichnięcie leżącego nieopodal Eustachego wyrwało go z owego letargu.
– Tak, tak kontynuował Filozof. Gdyby nie to co się wtedy wydarzyło. Wiesz, Antonio jest takie powiedzenie … siła złego na jednego … i tak to się wtedy złożyło, że nawet nie mogłem przyłożyć do zdarzeń tych mojego ulubionego rachunku prawdopodobieństwa, bowiem on tu nie zadziałał. Tylko pewnie dlatego , że wyjątki potwierdzają regułę.
– Antonio nic nie rozumiał ale miny mądre czynił, wiedząc jak wielką przyjemność sprawia Filozofowi owo nauczanie.
– Wiesz, Antonio – mówił – nawet moi studenci nie słuchali moich wykładów tak pilnie jak ty – i powiedziawszy to , uśmiechnął się łagodnie.
– Antonio myślał sobie, że praca ta była życiem i pasją wielką tego człowieka i jak to wielka szkoda stała się ludzkości , że ten oto tu człowiek miast zasiadać w ławach najwyższych, wśród grona profesorów w salach o wysokich sklepieniach i rzeźbionych ławach by przemawiać tak … aby słuchały tysiące … leży tu na pryczy obok w jednej z miejskich obskurnych noclegowni dla bezdomnych , brudny, rozczochrany i obdarty, z podbitym w jakiejś śmietnikowej kłótni okiem.
I myślał tak sobie Antonio – jak to się stać mogło bowiem nie powinno. I zdało mu się, że miało być całkiem inaczej.
Dnia któregoś przyniósł Filozof za pazuchą płaską piersióweczkę z mocną wódką. W noclegowni był zakaz całkowity spożywania alkoholu pod jakąkolwiek postacią lecz gdy wszyscy posnęli , to Filozof ukradkiem, nie częstując nawet Antonia … pewnie aby go na wydalenie z noclegowni nie narazić … począł pociągać. Tak to chciał pić niezauważenie, że wyszło całkiem odwrotnie lecz Antonio nie chcąc czynić przyjacielowi przykrości, udawał że nic nie widzi. W trakcie owych tajnych pociągnięć z płaskiej, blaszanej, miło leżącej w dłoni manierki … Filozof stawał się coraz to bardziej rozmowny. Jak to mówią … język mu się rozwiązał. I Antonio wysłuchał pewnej opowieści o złamanym życiu człowieka. Bo to czy uwierzycie , że Filozof przed laty żonę miał piękną jak marzenie i dzieciątko malutkie i… wszystko utracił. Nawet o tym wypadku niewiele chciał mówić bo pewnie scena zderzenia pędzących autostradą samochodów rozgrywałaby się raz po raz bez końca w jego głowie i jawiła się w barwach śmierci przed jego oczyma. Tylko napomknął, a później długo milczał.
Po jakimś czasie w ciszy przerywanej chrapaniem utrudzonych mężczyzn, usłyszał Antonio ciche przełknięcie i szmer utykanej za pazuchę butelczyny. Za chwilę Filozof prawił dalej.
– Wiesz, Antonio … jak ciężko do pustego domu wracać , gdzie nikt już nie czeka. A śmiech żony i dziecka zawisł jeszcze w powietrzu i krąży to tu, to tam … jakby zagubiony. Czy wiesz przyjacielu, że gdy zasypiasz otula cię niewiedza i pogrążasz się w mroku niebytu i to jest jedyne wytchnienie. A gdy budzisz się to zdaje ci się, że wszystko jest na dawnym miejscu i nic się nie zmieniło. Nagle uderza cios świadomości i już wiesz … a jednak z sił całych pragniesz przewinąć ten film wstecz i … ujrzeć ich tuż obok i wszystko się stanie tak jak to dawniej bywało. I tylko śnił ci się ten cholerny koszmarny sen. Antonio , czy ty wiesz – załkał cicho Filozof … ja do dziś nie mogę się przebudzić.
– Wiem, jak to jest – cicho szepnął Antonio – wiem to przyjacielu. Zapadła chwila ciszy przerywana małymi przełknięciami Filozofa ; których to Antonio nie umiał rozeznać … czy łzy łykał czy tanią wódkę. Po chwili Filozof rzekł – przychodziłem do pracy pijany lub … nie przychodziłem. Stałem się innym człowiekiem. Takim niepoznanym nawet samemu sobie. Tylko wódka niosła ulgę i ciszę, ciszę, ciszę. Ciszę myśli. Usypiała moja głowa, usypiały myśli , a ciało swobodne było i spokojne… Później mnie wyrzucili z pracy. Zamieniłem mieszkanie. Wiesz, po co mi było takie duże… za duże. Dopłacili do mniejszego. Później jeszcze raz zamieniłem, bo po co mi kuchnia jak nie gotowałem i po co łazienka. Ten pokój na trzecim piętrze starej kamienicy to miałem bardzo krótko , bo jakoś tak zaraz nie wiadomo kiedy zaplombowali liczniki. To tak sobie jeszcze czas jakiś bez prądu i ogrzewania mieszkałem. Wcześnie spać chodziłem jak to mówią z kurami. Głos zdradzał w ciemności , że się uśmiecha. Pociągnął resztkę wódki z blaszanki i poweselał.
– Wiesz, Antonio … później przyszedł komornik no i musiałem stamtąd odejść. I dalej to nie ma co … bo sam wiesz najlepiej. Zapadła cisza… Na sali noclegowni w ciężkim, smrodliwym powietrzu rozlegało się chrapanie. Antonio długo w noc zasnąć nie mógł , myśląc o tej dzisiejszej smutnej historii przyjaciela. I tuż nad ranem, jeszcze przed świtem gdy wszyscy spali … zasnął. Śniła mu się piękna kobieta o niezwykłej urodzie i blond włosach, obracająca się w tańcu i tuląca w ramionach małą dziewczynkę. Śmiały się, a włosy kobiety lśniąc wirowały wokół jej roztańczonej sylwetki. Zewsząd spływało światło i pokój ów wypełniony był słońcem po brzegi … tak , że wszystko na co spojrzał było jasnością, ciepłem i miłością. Antonio nigdy nie opowiedział tego snu Filozofowi. Znał granice ludzkiego cierpienia. Dnia pewnego spytał Antonio Filozofa o ten Kwadrat Domina. Przy czym prosić począł by tamten starał się mówić tak by Antonio pojął w czym rzecz cała.
I któregoś to razu opowiedział Filozof naszemu Antonio o przestrzeni Domina. Złowrogiej przestrzeni zła. Jeno mówił językiem takim , że Antonio czuł się jak na tureckim kazaniu, wsłuchując się tylko w melodyjny , przyciszony głos przyjaciela , baczył przy tym aby nie usnąć. Nic to jednak nie dało bo… usnął. Jednak już następnego wieczoru Filozof nie dając za wygraną oparł się wygodnie na pryczy, podkładając pod łokieć znalezioną na jakimś śmietniku poduszkę i rozpoczął swój wykład.
– Bo widzisz Antonio – rzekł i zamilkł. A za chwilę spytał.
– Czy wiesz Antonio, co to jest efekt Domina ?
– Antonio przecząco poruszył głową na znak niewiedzy i cały zamienił się w słuch.
– A co to jest Domino, wiesz ? – zapytał Filozof i nie czekając na odpowiedź, prawić począł.
– Domino to gra … Składa się z prostokątnych , równych sobie i jednakich kostek , a te kostki ustawione blisko siebie , a oparte u podstawy na tym mniejszym boku owego prostokąta generują pewną strukturę w przestrzeni.
– Tu Filozof pojął , że generacja struktury w przestrzeni może Antoniemu owego obrazu w myślach nie zbudować więc zaczął inaczej.
– Pomyśl sobie Antonio, że masz tak dużo tych prostokącików, że ich zliczyć nie możesz jako tych baranów co rachujesz gdy zasypiasz. Ot, kilometrami się ciągną jak cholerny kabel telefoniczny.
– Aha, bez przekonania powiedział Antonio, w głowie mając stada baranów nawinięte na cholernie długi kabel telefoniczny Filozofa.
– Widzisz już to oczyma duszy ? spytał Filozof.
– To wyobraź sobie, że stoją one na sztorc –i tu Filozof uśmiechnął się szeroko; zadowolony z siły swojej argumentacji werbalnej; i ciągnął dalej – A, więc stoją one na sztorc, opierając się tym mniejszym jednym bokiem o podłoże ; znaczy się ulicę.
– Po chwili zastanowienia rzekł jednak – No, nie ulicę, bo jak wiadomo w ulicy są dziury i z eksperymentu byłyby nici. Teraz to oczom Antonia ukazały się barany na kablu telefonicznym na dodatek powiązane nicią, a wszystko to na pełnej dziur ulicy. Słuchał tego jednak w skupieniu z miną niezmąconą, poważnie i wolno kiwając głową.
– Równiuśko musi być u podłoża jak na stole. No, wyobraź sobie Antonio taki cholernie długi stół, który ciągnie się kilometrami.
– Tu, Antonio uśmiechnął się szeroko bo zdało mu się , że Filozof chyba coś wypił, że tak głupio prawi. Bo jak świat światem to takiego stołu nie widział ani nie słyszał o takim i nawet u samej Królowej Angielskiej, co już zdało mu się najwykwintniejszym i najbardziej właściwym miejscem dla takiego mebla, nawet tam było to niemożliwością. Bowiem gdyby nawet stało się tak, że przy owym stole zasiadłaby zaproszona arystokracja z całego świata, to i tak kiedyś skończyłby się on dwiema tęgimi i mocnymi nogami.
– I wyobrażenie w głowie Antonia miast budować wizję kwadratu Domina bliższe stało się teorii chaosu.
– Machnął ręką Filozof – i rzekł – no, wyobraź sobie mój Antonio , że w całym kraju wszystkie drogi wyreperowali i proste są jak stół.
– No, też to ci było według Antonia niemożliwym do wyobrażenia ale jużci prędzej wiedział o co się rozchodzi – i rzekł … Aaaa …
– No, więc słuchaj – wyjaśniał rzecz całą Filozof. Mamy te niekończące się proste i równe drogi, a na nich te kilometry kostek domina ułożone jedna przy drugiej… na sztorc. No i… musi być pierwszy impuls , bo bez tego nici i nic się nie wydarzy. Pierwsza siła sprawcza. Ruch, który będzie początkiem. Drobny przejaw siły… intencjonalny lub przypadkowy, który uruchomi cały ciąg zdarzeń. I wtedy przewraca się pierwsza kostka i upada na drugą też ją przewracając, później pada trzecia, czwarta i tak dalej… Spostrzegł się Filozof, że Antonio niewiele pojmuje , więc rzekł – Antonio , to jak piłka dziecka , która rzucona wysoko wpadnie na autostradę i spowoduje efekt domina … zderzenie , śmierć i całe zło, które nadejdzie nieuchronnie i incydent po incydencie przewraca kostki Domina życia człowieka. Tylko to już przestaje być gra… I tu Filozof zamilkł.
Zaległa między nimi długa cisza , przerywana zwykłym wieczornym gwarem noclegowni. Zapadł zmrok , a Filozof milczał dalej. Dobrze już było ciemno, gdy powrócił do tematu. Kwestie wypowiadał głosem spokojnym, zrównoważonym i pozbawionym cienia emocji. Podjął wykład.
– Wiesz, Antonio… efekt Domina i spustoszenie jakie sieje to efekt liniowy. Moja koncepcja Była o wiele bardziej rozbudowana. Bowiem zło nie rozchodzi się w linii prostej wzajemnych zależności i powiązań. Albo inaczej , nie tylko tak się ono rozchodzi i rozprzestrzenia. Kolejnym szczeblem przeze mnie odkrytym jest Kwadrat Domina i następujący po nim sześcian.
– To jednak też nie wszystko – nie zwracając uwagi na nic nie rozumiejącego Antonia – ciągnął Filozof. – Najwyższym przełożeniem jest Hipersześcian wielowymiarowy.
Wyobrażenie sobie tych wielowymiarowych Hipersześcianów jest dla ludzi jako istot postrzegających tylko trzy wymiary przestrzenne … bardzo trudne i właściwie to niemożliwe. Wszystko rozgrywa się w czwartym , niewidzialnym dla człowieka wymiarze. Hipersześcian charakteryzuje się dużą wydajnością algorytmów przesyłających wiadomości pomiędzy wszystkimi procesorami. To, tak jak w super nowoczesnym komputerze – powiedział Filozof i nie zwracając uwagi na Antonia … ciągnął dalej. Cóż za możliwości. Hipersześcian dziesięciowymiarowy to dekerakt.
– Antonio zaczął pomału w nerwy wpadać i po raz pierwszy taką złość do Filozofa poczuł, którą tamten nazwałby pewnie cholerną. Chrząknął więc donośnie lecz tamten ani myślał przerywać swojej tyrady.
– Wiesz , Antonio – plótł Filozof jak zaczadzony – w teorii strun przestrzeń ma więcej niż trzy wymiary, a dodatkowe wymiary są zwinięte do mikroskopijnych rozmiarów. Według teorii strun poruszamy się w świecie, który przenika co najmniej dziesięć wymiarów. To tak jak Gulliver – Jonathana Swifta bywał w różnych światach o różnych wymiarach. W maleńkich i wielkich światach. Zastanawiałem się czy podobnie jak wielkość człowieka tak też można skurczyć i rozciągnąć czas. W tych małych i wielkich światach. A może żyjemy my i nasz Wszechświat, galaktyki, słońca i planety jako atomy w nodze Wielkiej Żaby – prawił z zachwytem. Nagle, przerwał … jakby ocknął się … i rzekł – Antonio, przecież ty nic nie rozumiesz. Przepraszam.
Inaczej, czy wiesz jak wyglądają słynne rosyjskie babuszki. Jedna babuszka wielka jest jak mateczka, a w sobie w środku skrywa następną babuszkę nieco mniejszą. Tamta skolei ma wewnątrz jeszcze jedną mniejszą, a tamta jeszcze mniejszą i tak dalej aż do malusieńkiej co ledwie ją widać. To efekt babuszki. Pomyśl czy to nie genialne?
Lecz przyglądając się bacznie słuchaczowi zrozumiał, że nic to owej głowinie nie rozjaśnia, a gmatwa wszystko jeszcze bardziej i czyni zawiłym. No, to może to zrozumiesz. Człowiek dla chęci zysku wprowadza do środowiska energię lub technologię niesprawdzoną, która natychmiast rusza bryłę z posad świata i determinuje ogromny skok cywilizacyjny, a jednocześnie owa technologia nie sprawdzona jest i nie przeszła wieloletnich testów. Testów oddziaływania na środowisko naturalne, na przyrodę ożywioną, klimat i na koniec człowieka. O, na przykład technologia owa wprowadzona z marszu , szybko i bez zbędnych przeszkód , a będąca motorem rozwoju ludzkości daje jeden mały efekt. To jak ów pierwszy ruch przewracającej się kostki Domina. Wyobraź sobie przyjacielu, że owa nowa technologia podwyższa temperaturę powietrza o jeden stopień Celsjusza. Tylko o jeden stopień. To tak niewiele , a jednak uruchamia łańcuch zdarzeń negatywnych, który już później toczy się sam bez niczyjego udziału i jest nie do opanowania przez człowieka ani nawet do przewidzenia. Wiesz , Antonio różne formy przyjąć może ten łańcuch zdarzeń. Nawałnice, burze i huragany niszczące i pogrążające w nędzy miasta i państwa. Tajfuny i topnienie lodowców, podniesienie się temperatury mórz i oceanów co spowoduje wymieranie w nich życia na masową skalę. A wszystko to, przebiega czasem niemal niezauważenie , jednak rozrasta się i nabiera impetu nad którym nikt już zapanować nie potrafi.
Antonio niby to rozumiał bo przecie zmiany pogody widać gołym okiem , jednak pozostałej części wywodu nie rozumiał i widać to było w jego oczach, pełnych zdziwienia i bezmyślności.
– Dobrze, powiem inaczej, prościej. Wyobraź sobie Antonio kulę śnieżną, która z impetem turla się ze stoku góry w dolinę. Śnieg jest nieco mokry, a kula ta lecąc w dół oblepia się dodatkową masą śnieżną i powiększa coraz to bardziej i bardziej. To jednak też być może nie da ci obrazu całości. To jeszcze inaczej. Wyobraź sobie reakcję łańcuchową – rozumiesz?
Ona początkowo przebiega tylko w niewielkiej części ośrodka lecz jej produkty, ciepło i światło inicjują reakcję w następnym punkcie ośrodka i rozwija się ona lawinowo bez potrzeby udziału zewnętrznego czynnika inicjującego. To już samograj … Antonio, to już samograj. Tak też jest ze złem na świecie… analogicznie. Wszystko jest analogiczne… Tu i tam podobnie. A jeśli chcesz już tak całkiem prosto z mostu – zmiłował się Filozof – to powiem ci jak dziecięciu. Ot, tak jak ty to prawisz, bliżej języka twego codziennego mój przyjacielu. Wyobraź sobie, że stoisz tuż przy owym moście nad stawem. Jest południe i leniwa pora kanikuły , ciepło i miło , a ty Antonio tak z nudów podniosłeś sobie z murawy kamyk czarny i jak raz cisnąłeś go sobie w tę toń spokojną. A wtedy mój przyjacielu gdy ów kamień wpadnie do wody, na powierzchni jej pojawiają się kręgi. Najpierw małe, maleńkie.
Później coraz to szersze i większe i rozchodzą się po całym jeziorze. A jeśli myślisz, że tylko tam gdzie widzisz, to mylisz się przyjacielu. Bowiem idą i rozchodzą się one w toń czeluści wodnej, jako impuls i fala w głąb drążąca, a też i w powietrze jako fala akustyczna owego dźwięku , plusku uderzenia kamienia w taflę jeziora. I rozchodzi się to wszystko promieniście na znak kuli, coraz to większej i większej i pochłania przestrzeń. Tak samo jest też mój przyjacielu ze złem. Noc już była głęboka i ciemna gdy padły ostatnie słowa Filozofa.
Zaległa cisza. I wtedy Antonio zapytał… A jak jest z dobrem? Czy tak samo rozchodzi się dobro? Odpowiedziała mu cisza. Filozof zasnął. I jak go tu nie kochać – pomyślał Antonio – jak tak biedaczyna z tego nieszczęścia bredzi… Tu i tam podobnie. Wszystko jest analogiczne… mruknął i… zasnął.
Antonio wielu słów i wypowiedzianych zdań nie pojmował choć drążyły one jego umysł siejąc dziwny , niepoznany niepokój. Tajemny i ekscytujący. To było takie trudne … słuchanie ze zrozumieniem. Prawie niemożliwe. Jednak z wielu wykładów na temat zła, zapamiętał Antonio pewną opowiedzianą przez Filozofa indiańską legendę. A było to tak, że dnia pewnego przyszedł syn do wigwamu ojca i zapytał
– Ojcze dlaczego na świecie jest tyle zła i dlaczego mieszka ono w ludziach? A stary mądry Indianin rzekł – Synu dwa wilki mieszkają w sercu człowieka… dobry i zły. I to od ciebie synku zależy, którego będziesz karmił. Antonio uznał tą wypowiedź za jedną z najmądrzejszych prawd świata. I tak już zostało. Bowiem przyjął w siebie to co skrojone było na miarę jego umysłu. A też niepodobna powiedzieć, że wszystkie wykłady Filozofa rzucone zostały na wiatr i poszły na marne bo coś tam jednak w głowinie Antonia … tak czy siak pozostało.
Filozof kochał muzykę. Organki miał malutkie i w wolnych chwilach dla odpocznienia grał na nich, przykładając swoje czerwone usta do lśniących, metalowych blaszek i wdmuchiwał tam powietrze pod różnymi kątami. I to co rodziło się w powietrzu z tych maleńkich ruchów ust jego było drżeniem powietrza i … duszy. – Chodź, podejdź tu do mnie Antonio, nauczę ciebie grać. I ty zostaniesz kiedyś mistrzem. W co Antonio uwierzyć było trudno. Mawiał Filozof, że muzyka to matematyka sfer i to ona buduje przestrzeń wokół nas, a jej struktury są obliczalne i nieobliczalne oparte na rachunku prawdopodobieństwa.
Powiadał – Muzyka mój przyjacielu buduje życie. Buduje wszechświat i cały Kosmos przeniknięty jest dźwiękami słyszalnymi i tymi, których ucho człowieka złowić nie potrafi. Ale to wcale nie oznacza, że ich tam nie ma. Czasem to nawet Antonio próbował zadąć w te organki ale dźwięk, który się dobywał bardziej przypominał mu to co wydobyło się dawnymi czasy we śnie z trąby różowego Anioła.
Cieszył się Antonio obecnością serdeczną swego przyjaciela i dobrze mu było z nim i bezpiecznie. Chętnie do noclegowni powracał , a we dnie marzył o nowych opowieściach i o tym , że gdy położy się do łóżka to jak każdego wieczoru wysłucha tylu bajań prawdziwych i jak myślał nieprawdziwych … aż do chwili gdy zmorzy go błogi sen.
I nadszedł dzień, który nie powinien nadejść. I zdarzyło się to, co nigdy nie powinno się było zdarzyć. Oto pewnego dnia słonecznego około południa, gdy słońce dobrze już było w zenicie, idąc ulicą , Antonio usłyszał nieopodal pisk opon samochodowych, a później jakieś krzyki i zamieszanie. Wolno przeszedł na drugą stronę ulicy i skręcił w szeroką arterię prowadzącą sznur samochodów zakrętami tuż nad wodnym kanałem. Podchodził coraz to bliżej i bliżej i jakoś tak dziwnie łomotało mu serce. I spojrzał na chodnik, a tam przykryte czarną folią leżało niewielkie i drobne ciało. Podszedł bliżej , spojrzał i ugięły się pod nim nogi gdy dostrzegł tuż obok rysującej się pod folią kupki ludzkiego nieszczęścia… wyblakły kocyk.
Poznał ten kocyk mały we wzory niebiesko różowe tak wyblakłe ze starości i zużycia, że aż pastelowe … a tam słoniki i misie i … kotek. Ot, wiecie taki stary kocyk dziecięcy pewnie ze śmietnika i… obręcz żelazna gardło Antonia ścisnęła, a z piersi wyrwał się szloch gwałtowny i płakać na głos począł jak dziecko jakieś , tylko głos był dojrzały i męski. Człowieka co nie jedno już w życiu widział, a z tym co ujrzał teraz nie potrafi sobie poradzić. Ni rozumem objąć i tylko serce zostało i… ból. Chciał przyklęknąć, pogłaskać, dotknąć po raz ostatni martwego ciała przyjaciela. I gdy na kolana upadł , głos usłyszał donośny … uprzątnąć ciało. Nie zdążył , nie zdążył pożegnać się po raz ostatni. Bólem zgięty, klęczał tam przy kamiennym murku chodnika gdy ktoś z gapiów rzekł – co pan?
Przecież to tylko żebrak. Głos zaświdrował w uszach Antonia i narodził się gniew tak wielki , że gdyby ów głos można było połączyć z którąkolwiek z postaci stojących nad Antonio, to stałaby się rzecz straszna. Głos dawno już wybrzmiał i zamarł jednak Antonio słyszał go w swojej głowie, dzwonił w uszach, wibrował w ciele powodując gniew i rozpacz. I nie wiedział już Antonio, które z uczuć tych zwycięży… lecz po chwili zrozumiał. To tylko żebrak. To był dla nich anonimowy żebrak… jeden z niewidzialnych.
Klęczał tam tak i płakał cicho i pokornie. Tak jak gdyby siły go opuściły. I nie mógł sobie wyobrazić jak będzie żył dalej. Odszedł przyjaciel prawdziwy. Światełko w tunelu jego poniżenia i bezdomności. Radość z powrotu do owej namiastki domu. Coś niezwykłego co zostało mu odebrane. I pomyślał sobie wtedy Antonio, że nie powinien kochać niczego i nikogo bowiem wszyscy , których w życiu swoim kochał zostali mu odebrani. Wszystko co na tym świeci kochał. Długo siedział Antonio w miejscu tym żałobnym i nie myślał o zimnie, ni głodzie , ani o powrocie na nocleg do koi swej na piętrze z widokiem z okna. Przechodzili ludzie, których nie widział. Zmierzchało, zapadał zmrok, a on tkwił tam jak zaklęty. Głowę wsparł na rękach i niewidzącym wzrokiem bezmyślnie wpatrywał się w małą kupkę liści pod murkiem. Gdy nagle w świetle księżyca błysnęło coś na chodniku pomiędzy liśćmi. Antonio przecknął się i spojrzał badawczo. Jęknął i pochylił się nerwowo grzebiąc w śmieciach i piasku. Podniósł błyszczący przedmiot , przysunął do oczu i zaszlochał cicho … organki. Organki Filozofa. Gładził je , ściskał mocno, przesuwał po nich palcami , ciesząc się jak dziecko gdy znajdzie skarb jakiś , który nie do świata należy tylko do Krainy Dzieciństwa. Bo w świecie nic nie wart, a w kraju serca wielki to klejnot i bezcenny. I właśnie z taką pieczołowitością i uwagą, ostrożnie wsunął Antonio do wewnętrznej kieszeni marynarki tę jedyną pamiątkę po przyjacielu. Sprawdzając jeszcze dla pewności czy kieszeń dziury nie ma, a guzik dobrze przyszyty i mocno kieszeń trzyma.
Idąc w kierunku noclegowni czule dotykał miejsca na piersi gdzie pod szorstkim materiałem ubrania wyczuwał niewielkie zgrubienie , a serce mu rosło bowiem chyba nikt z bogatych ludzi nigdy nie cieszył się tak ze spadku jak Antonio, któremu przyjaciel pozostawił swoje organki.


Komentarze
Żebrak i Pies – fragment powieści — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>