Do „Kuwejtu” Syrenką, a z powrotem już Mercedesem
Michał Rusinek, niedawno odkryty przeze mnie felietonista (kiedyś sekretarz Wisławy Szymborskiej, obecnie profesor nauk humanistycznych) w książce „Mroczny eros” pisze o tanich, dobrych jakościowo męskich ciuchach, jakie można nabywać w magazynach Agencji Mienia Wojskowego. Żeby nie było na profesora reklamującego cokolwiek w przedmiotowym felietonie w kwestii zakupu w wojsku tanich majtek, pochwałę się, jak przed laty mogłem zakupić u Ruskich za sto dolarów 1000 sztuk przedniej jakości kalesonów.
Ale po kolei
Często jeździłem do Szprotawy. Pracujący w tym mieście szwagier miał w obowiązku zaopatrywanie tutejszej radzieckiej dywizji lotnictwa w piwo i napoje chłodzące. Po jakimś czasie krewniak zaczął zabierać mnie na lotnisko w charakterze pomocnika pomocnika do roznoszenia po rozległych hangarach transporterów z napojami. Przy wjeździe do jednostki zawsze świecono mi latarką w twarz. Po jakimś czasie przyzwyczajono się do mojej obecności w bazie. Gdy w którąś wigilię Bożego Narodzenia towarzyszom zabrakło piwa, zażądali twardo od szwagra całego samochodu tego trunku. Byliśmy wtedy w szczycie kryzysu, zapasy piwa dawno zostały rozdysponowane do wszystkich sklepów i knajp całej gminy szprotawskiej. Szwagier tłumaczył sowieckiemu pułkownikowi, który do niego dzwonił, iż w Polsce teraz są kilkudniowe święta i żadnych zapasów nie ma w handlu. On stanowczo jednak rozkazał: „Otworzyć wszystkie knajpy i sklepy, pozabierać resztki piwa i szybko dostarczyć”.
Zasadniczo handel w Szprotawie miał się całkiem dobrze. Sowieci upłynniali wszystko, co się dało: kawior, konfiety tj. bardzo słodkie pralinki, rękawice skórzane, paliwo do samochodów, garbowane skóry, oficerki, papachy. Najchętniej oczywiście za bony lub dolary. Za nie w „Pewexie” kupowali dżinsy, za które w Sojuzie dostawali krocie.
Przed upływem godziny „0”
Któregoś styczniowego dnia zimą 1992 roku szwagier przerwał moje kolegium redakcyjne krzykiem: – Musisz natychmiast przyjechać, bo dzieją się u nas rzeczy, których nigdzie nie zobaczysz. Sowieci uciekają! Więcej nie mogę mówić! Ze Szprotawy leśnymi drogami przez lata niedostępnymi dla Polaków jechaliśmy wolniutko moim Wartburgiem na zachód w kierunku Kwisy. Szwagier znał trochę te dróżki, na skrzyżowaniach których mogły stać jeszcze patrole.
– Tu postawimy auto, dalej idziemy pieszo – zadekretował. Przed wysokim płotem zabezpieczonym drutem kolczastym, szwagier zagwizdał. Po krótkim oczekiwaniu pojawił się po drugiej stronie płotu młodziutki lejtnant pytając: – Co chcecie kupić? – Ja potrzebowałbym noktowizor czołgowy dla mego brata, który jest myśliwym. – Zobaczymy, co da się zrobić – odparł oficer. Po upływie dwudziestu minut lejtnant wrócił z dwoma szeregowcami z zawieszonym na ramionach kałachami. – Bierzcie wszystkie za stówę – zaproponował. – Tylko co z tą bronią będziemy robić – zapytałem. – Po noktowizory przyjedźcie jutro, jak będzie major – powiedział na odchodnym. W drugim dniu zamiast lejtnanta pod tym samym płotem znalazł się znany szwagrowi starszyna. Wyciął przecinakiem dziurę i zaciągnął nas do koszar do dużej hali pełnej bielizny wojskowej. – Musicie tylko zorganizować sobie transport. Sprzedam za sto dolarów 1000 sztuk tych oto szarych kalesonów bardzo zresztą dobrej jakości.
Polski „Kuwejt” przy autostradzie
– Dziś za darmo zatankujesz auto. Weź tylko olej, który dolejesz do dwusuwu – zakomunikował po zjedzeniu śniadania szwagier. Zatrzymaliśmy się blisko autostrady, parę kilometrów od Świętoszowa, którego po wojnie nie było na polskiej mapie. Nie zdążyliśmy się rozejrzeć, gdy stanęło obok nas dwóch panów z propozycją podpisania listy i wytyczenia 1 ara ziemi, z której zaczniemy wyciągać zrzucane na pegeerowskie pola paliwo z sowieckich samolotów. Praktyka była prosta. Przed niemal codziennymi lotami (oficjalnie rozpoznawczymi) pilot był zmuszany do napełnianie wszystkich wlewów paliwa na full. Czasem był tylko 15 minut w powietrzu, w zbiornikach została jeszcze połowa paliwa. Otwierał klapy i spuszczał nie zużyte paliwo przed lądowaniem po prostu na pola. Tak z biegiem czasu od roku co najmniej 1956 na polach okolic Trzebienia, Pstrąża i Świętoszowa powstawały „Kuwejty” – wystarczyło do ziemi wsadzić łopatę i pokazało się samolotowe paliwo. Tyle że ta skażona na kilkadziesiąt lat gleba przestała dawać jakiekolwiek plony. No a zyski z tych „Kuwejtów” I, II, III były następujące: kto znalazł hurtownika potrzebującego kilka ton paliwa przykładowo do szklarni, ten błyskawicznie się bogacił. Ukuto powiedzenie „Przyjechał do Kuwejtu Syreną, wyjechał do domu Mercedesem”.
Sowieci byli w Legnicy, Brzegu, Świdnicy, Strzegomiu, Wrocławiu, Podborsku, gdzie znajdowały się składy ładunków jądrowych. W Lądku Zdroju mieli odziedziczone po generalicji Wehrmachtu słynne sanatorium wojskowe. Opuszczając nasze koszary wywozili wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. 17 września 1993 roku prezydent Lech Wałęsa przyjął od generała Leonida Kowalewa meldunek o ukończeniu wycofywania wojsk radzieckich z Polski. Ale nawet jeszcze w 1994 roku generał Matwiej Buriakow kontrolował wysyłki jakoby resztek sowieckiego mienia.
Engelbert Miś





Komentarze
Do „Kuwejtu” Syrenką, a z powrotem już Mercedesem — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>