Chwytaj dzień z Robertem Rozmusem i piosenkami Zbigniewa Wodeckiego
Już od wielu lat włodarze miasta i gminy Żarów dbają o to, by w dniach przypadających w pobliżu Święta Kobiet, zorganizować dla tej piękniejszej części lokalnej społeczności jakiś niezapomniany wieczór. Często były to koncerty muzyczne znanych artystów a ostatnimi czasy występy kabaretowe. Tym razem zaproszono kogoś, kto łączy ze sobą obie te kategorie. Mowa o Robercie Rozmusie, który jest zarówno świetnym wokalistą ale i niezłym humorystą.
Robert Rozmus, pomimo iż przez wiele sezonów związany był z Teatrem Muzycznym Roma, zwykłym śmiertelnikom, którzy nie mieli okazji śledzić jego poczynań na deskach teatralnych, a jedynie poprzez programy telewizyjne – kojarzy się głównie z działalnością grupy kabaretowej „Tercet czyli Kwartet”, którą współtworzy już od ponad 30 lat wspólnie z Hanną Śleszyńską i Piotrem Gąsowskim, tworząc spektakle pełne dobrej energii, świetnej muzyki oraz sporej dawki smacznego, inteligentnego humoru.
I patrząc właśnie przez ten komediowo-estradowy pryzmat, tym większą ciekawość budziło to jak poradzi sobie w repertuarze Zbigniewa Wodeckiego, wokalnego wirtuoza malującego emocjami. I nie chodziło tu absolutnie o kunszt wokalny, bo tego – jak wiadomo – Panu Robertowi nie brakuje, ale właśnie o owe emocje. Czy uda mu się wzruszyć słuchaczy podobnie jak czynił to ów, obdarzony niezwykle wrażliwą duszą oraz burzą włosów, wokalista i jak jego utwory wybrzmią w interpretacji Roberta Rozmusa?
Koncert, zatytułowany „Chwytaj Dzień” zapowiadał się zatem niezwykle interesująco…
Hala Gminnego Centrum Kultury i Sportu w Żarowie wypełniła się po brzegi i kiedy przygasły światła, z głośników popłynęły pierwsze dźwięki utworu, który posłużył za tytuł koncertu. Po chwili na ekranie nad sceną pojawiła się twarz Zbyszka Wodeckiego i rozległ się jego głos. Na moment słuchacze mieli okazję przenieść się w inny wymiar. Po czym, po paru taktach, na scenę wkroczył Robert Rozmus, by – niejako w duecie – zaśpiewać wspólnie z mistrzem. Było to z pewnością fantastyczne doznanie.
Po krótkim zagajeniu, wspólnie z towarzyszącą mu na scenie młodą wokalistką Oliwią Skrzypczyk wykonali utwór Rzuć to wszystko co złe. Kiedy przyszła kolej na Zacznij od Bacha, to Pan Robert wspiął się na wyżyny profesjonalizmu. To było coś niesamowitego, normalnie miało się ciary.
Już na wstępie artysta zapowiedział, że nie będzie się ścigał z wokalem mistrza – i faktycznie tak było. Wykonywał bowiem większość utworów z właściwą sobie iście atomową energią. Ekspresyjny w słowach i gestach, z estradowym zacięciem. I to bardzo dobrze – bo przecież nie uczestniczyliśmy w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”. I choć momentami brakowało tego otulającego duszę swym ciepłem, aksamitnego tembru głosu Zbyszka Wodeckiego, to przecież i Pan Robert potrafił zabrzmieć niezwykle lirycznie, choćby w takich utworach jak Izolda, Z Tobą chcę oglądać świat czy Lubię wracać, w których również towarzyszyła mu Oliwia, prezentując nie tylko swój talent wokalny ale i umiejętność gry na instrumencie, jakim była altówka. Wspólnie z klawiszowcem Piotrem Iwańskim tworzyli niezapomniany klimat tego koncertu.
Nie mogło na nim zabraknąć takiego przeboju jak Chałupy welcome to (za którym ja osobiście nie przepadam). Ponoć pierwotnie ten utwór zaproponowano Pani Irenie Santor. Dacie wiarę?!
A propos „ponoć”. Cały koncert urozmaicały opowiadane przez artystę ze swadą anegdoty związane z muzyczną drogą Zbyszka Wodeckiego. Świetnie aktorsko, po mistrzowsku wręcz zaprezentowany został dowcip o rodzince długowiecznych staruszków, który Pan Zbyszek uwielbiał „sprzedawać” w trakcie swoich spotkań z widownią i przyjaciółmi.
Takich „lżejszych” utworów jak Chałupy było tego wieczoru więcej, bo i Basia, Basia, Moja droga ja Cię Kocham czy Znajdziesz mnie znowu – a Robert Rozmus zdawał się być w swoim żywiole, mogąc „bujać” publicznością w prawo i w lewo. Widać było, że na estradzie czuje się niczym ryba w wodzie, a nawiązywanie kontaktu ze słuchaczami idzie mu niezmiernie łatwo.
Tak jak wokalista zaznaczył na wstępie, był to rzeczywiście ekskluzywny koncert dla kobiet i głównie o kobietach, bo takie właśnie piosenki Zbigniew Wodecki kochał najbardziej. Nic zatem dziwnego, że muzycy bisowali trzykrotnie, wykonując m.in. utwór Szczęście jest we mnie (polską wersja przeboju My way). Lecz pomimo tego, iż w repertuarze mistrza było jeszcze mnóstwo fantastycznych utworów, część publiczności usilnie domagała się Pszczółki Mai. To totalnie rozbroiło Roberta Rozmusa. Ledwie mogąc opanować śmiech, stwierdził, że nie umie tej piosenki. Natomiast pod jego dyktando publiczność sobie tę Maję wyśpiewała.
Był to z pewnością bardzo udany, pełen dobrych emocji wieczór. Bo czyż mogło być inaczej, skoro Robert Rozmus wraz Oliwą Skrzypczyk i Piotrem Iwańskim, bazując na słowach wspomnianego już wcześniej utworu ofiarował nam skrawek siebie: „Dziś chcę Wam szczęście dać, które jest we mnie”? A tego szczęścia doświadczyliśmy ogrom…
Małgorzata Miodowska






Komentarze
Chwytaj dzień z Robertem Rozmusem i piosenkami Zbigniewa Wodeckiego — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>