Piotr Zegzdryn – podwójny emigrant

Piotr Zegzdryn
Spotkałam go na tegorocznej Wigilii . Był gościem gospodarzy, po raz pierwszy w tym gronie. Kiedy odczytano fragment z Pisma Świętego, poprosił o trzydzieści sekund dla siebie. Głośno modlił się prosząc o opiekę nad bliskimi, którzy już odeszli. Odważny gość – pomyślałam. I kiedy dzieci z wypiekami na twarzy rozpakowywały świąteczne prezenty rozpoczęliśmy rozmowę.
Piotr Zegzdryn, dziś emerytowany lekarz rodzinny, z drugim stopniem specjalizacji w dziedzinie pediatrii, od niedawna wdowiec, wrócił po 20-tu latach z emigracji. Należał do grupy polskich lekarzy entuzjastów, którzy za lepszymi warunkami pracy wyruszyli za chlebem do Szwecji. Ale po kolei.
Był początek XXI wieku. Niewydolne polskie kasy chorych nie sprostały oczekiwaniom, zarówno pacjentów, jak i lekarzy. Stawka kapitałowa, która miała wpływ na wysokość finansowania dla danego świadczeniodawcy zależała od wieku pacjenta, jego chorób przewlekłych i stopniu ich zaawansowania. Doktor Zegzdryn w Chojnowie był właśnie takim świadczeniodawcą, zatrudniał kilka osób i ponosił duże straty. Z miesiąca na miesiąc zaliczał niedobór finansowy i groziło mu bankructwo.
– Odpowiadałem za moich pracowników i przede wszystkim za moją rodzinę. Żonę lekarza rodzinnego i dwoje dzieci: syna, który był na studiach medycznych na trzecim roku i córkę w klasie maturalnej. Musiałem zapewnić im rozwój i przede wszystkim byt. Co miałem robić? Koniecznie znaleźć rozwiązanie – mówi Piotr Zegzdryn.
Doktor nie był jedynym w naszym kraju lekarzem pracodawcą, któremu możliwość krachu ekonomicznego zaglądała w oczy. Z pomocą przyszła wówczas wrocławska gazeta medyczna, a w niej ogłoszenie o zatrudnieniu polskich lekarzy w Szwecji. I stało się. Pomimo, że miał wówczas czterdzieści osiem lat, jego żona czterdzieści siedem, to decyzja zapadła. Emigracja.
– Wysłaliśmy dokumenty w języku angielskim – dodaje lekarz.
Szwedzi sami zorganizowali nabór, powołano specjalną firmę i rekrutowano polskich lekarzy na teren całego kraju. Następnie we Wrocławiu w hotelu Marii Magdaleny, odbyło się przesłuchanie czy razem z żoną kwalifikują się na tzw. studio podróż.
– Muszę powiedzieć, że wszystko było pod względem organizacyjnym perfekcyjnie przygotowane, w tym przyszłe nasze miejsce pracy i to jak chcemy mieszkać? Schemat był następujący: biorą nas i idziemy na sześciomiesięczny, intensywny kurs językowy i non stop nauka, nauka, nauka. Pozytywne zdanie egzaminu językowego, to furtka do lepszego świata. Przeszliśmy. Kontrakt na pierwsze sześć miesięcy, a w następstwie na czas nieograniczony – kontynuuje doktor Zegzdryn. – Z ulgą i nadzieją na lepsze jutro wróciliśmy do Chojnowa. W wielkim stresie pakowanie. Proszę sobie wyobrazić – mówi patrząc mi w oczy – Wrzucamy do naszej Skody Fabii karimaty i śpiwory. Z tego wszystkiego nie wzięliśmy się sobą kubków i na promie piliśmy wodę bezpośrednio z kranów. Schodzimy z promu. Celnik szwedzki pyta, po co przyjechaliście? Odpowiadamy – do pracy. Pełna szczerość. I proszę sobie wyobrazić, bez sprawdzania wpuszcza nas. Odwaga w podejmowaniu decyzji, samodzielna, tak właśnie przywitała nas Szwecja.
17 kwietnia 2005 roku rozpoczęła się emigracja Państwa Zegzdrynów. Dwoje polskich lekarzy, zasiliło tę grupę zawodową w pięknym kraju północnej Europy. Rozpoczęli pracę, ich przystanią stała się urokliwa miejscowość Marienstad w rejonie Scaraborg. Pierwszy miesiąc to była nauka systemu rejestracji i technicznej obsługi medycznej. I przyszła pora na pacjentów. Z pokorą przyjmowali niedoskonałość językową polskich lekarzy. Wiedzieli, że ci obcokrajowcy to emigranci, ale też doświadczeni w swojej specjalności medycy, wskazywał na to ich wiek.
– Nie było żadnych skarg, ufali nam, chociaż wzajemna komunikacja pozostawiała dużo do życzenia. Mieliśmy pełen przekrój pacjentów – dodaje Piotr Zegzdryn – Pracowaliśmy w godzinach od 8 do 17 z nieodpłatną przerwą między 12 a 13 na lunch.
Życzliwość pacjentów wynikała nie tylko z mentalności społeczeństwa szwedzkiego, ale i z wdzięczności za pomoc. Byli zachwyceni pracą polskich lekarzy emigrantów. Na początku wieku Szwecję zasiliło ich kilkuset, okazali się zbawienni i to był dla nich strzał w dziesiątkę. Jak w naszej rozmowie stwierdził doktor Zegzdryn:
– Spotykałem się zawsze z szacunkiem i w Szwecji nauczyłem się jednego – pacjent ma zawsze rację Przez lata okrzepliśmy z żoną i pomału wrośliśmy w tę miejscowość, jednak muszę przyznać, że emigrant to emigrant, inne społeczne DNA.
Żona pana doktora zachorowała i przegrała walkę z chorobą. Odeszła. Po miesiącach od jej śmierci okrzepła w nim myśl o powrocie do Polski. Wrócił do Chojnowa.
Pacjenci z dawnych lat go pamiętają. Dziś jest już na emeryturze, ale nadal pozostaje…emigrantem.
– Tak, to bardzo przykre. Musiałem potwierdzić, że jestem Polakiem. Nie miałem ważnego polskiego paszportu i dowodu osobistego. Żeby otrzymać te dokumenty użyłem znajomości uzasadniających moją polskość – mówi z żalem w głosie doktor Zegzdryn. – W urzędach patrzyli na mnie, jak na obcego. To było dla mnie bardzo smutne doświadczenie.
Na zakończenie naszego spotkania pytam pana Piotra, jak postrzega teraz Polskę?
– Cóż muszę przyznać, ze krajobraz bardzo się zmienił, gospodarczo dziś mamy się dobrze. A społecznie? Nie wiem, co stało się z nami Polakami, jesteśmy zacofani mentalnie. Brak otwartości, odpowiedzialności za słowo i własne decyzje. A głównie brak polskiej marki. Szwecja to kraj dużo mniejszy liczebnie od nas, a może poszczycić się własnymi samolotami, okrętami wojennymi, samochodami – to marki eksportowe, klasa sama w sobie.
Dziękując za krótki opis życia proszę Piotra Zegdryna o ciąg dalszy wspomnień, za kilka miesięcy, aby dać zastaną charakterystykę polskich realiów.
Aleksandra Dankowiakowska–Korman

Komentarze
Piotr Zegzdryn – podwójny emigrant — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>