Moi Stulatkowie
Człek za długo żyje, a może po prostu za mało wie o życiu, żeby ferować jakiekolwiek wyroki związane z długowiecznością. W mojej życiu miałem do czynienia z trzema wybitnymi osobami żyjącymi sto a nawet więcej niż sto lat. Nawiasem – na początku 2026 roku na Dolnym Śląsku GUS odnotował aż 417 osób żyjących na tym bożym świecie więcej już niż sto lat. Pań ponad stuletnich żyje u nas 358, panów 59.
Co drugi dzień na kufel piwa
Kilka dni temu życzenia składałem Andrzejowi Hamadzie w związku z jego 101. rocznicą urodzin. Ten bardzo ceniony architekt, rysownik, publicysta i kolekcjoner urodził się 12 maja 1925 roku w Gdańsku, gdzie jego ojciec Grzegorz Hamada po odzyskaniu państwowości przez Polskę uruchamiał transport kolejowy do nowego portu w Gdyni. Andrzej uczęszczał do polskiej szkoły w Gdańsku Wrzeszczu. Tutaj spotykał niemal codziennie drepczącego do szkoły niemieckiej przyszłego noblistę Güntera Grassa. Gdy w 1931 roku rozpoczęły się szykany Polaków w Gdańsku Hamadowie z całą dyrekcją kolei przenoszą się do Tczewa a w 1933 r. do Torunia. Po Toruniu (od 1936) inżyniera Grzegorza Hamadę dyrekcja PKP ewakuuje do Radomia a następnie przez Lwów do Krakowa.
Podczas okupacji Andrzej uczęszcza do podwawelskiej szkoły handlowo-budowlanej, jednocześnie dorabia w słynnym zakładzie Oskara Schindlera ratującego Żydów. Ciągle brakuje mu matury. Robi ją błyskawicznie w Gdańsku, żeni się i na dodatek dokłada pięć lat studiów politechnicznych pod Motławą. Ale żonie nie służy nadmorski klimat, a architekta Andrzeja ściga nakaz pracy. Młodzi przenoszą się do Łodzi, następnie do zniszczonego Wrocławiu. W weekend inżynier wybrał się do Opola. Gdy zobaczył ratusz zbudowany według projektu Friedricha Schindla, stylowy dworzec kolejowy i dobrze wyglądający urząd pocztowy, zadzwonił do żony Hanny obwieszczając: – Koniec tułaczki, możesz już jutro przyjechać do tysiącletniego piastowskiego grodu!
Ja poznałem Andrzeja podczas studiów polonistycznych w opolskim archiwum. Grzebał w projektach czegoś, co było teraz zwykłym domem towarowym. Na dachach rynkowego obiektu były kiedyś kopulaste wieże, należało je przywrócić. Tylko czy towarzysze w ratuszu na to się zgodzą? No to poszliśmy razem do przewodniczącego rady miasta. – Zgoda, tylko na tych wieżach nie stawiajcie krzyży! – zawyrokował towarzysz Bałwan. Nie sposób wymienić setki projektów autorskich Andrzeja w Opolu, na Opolszczyźnie i na Dolnym Śląsku. W samym Wrocławiu np. niemiecką Visa Stelle 2. Równolegle z twórczą i do niedawna jeszcze zawodową pracą Andrzej Hamada uprawia kilka działek w SARP i innych organizacjach. Drukuje teksty, prowadzi gawędy w radiu. Wypija co drugi dzień kufel piwa w ulubionej knajpie. Z dumą mówi o swojej córce Katarzynie, z zawodu również architekcie. Katarzyna była do niedawna wicemerem w Paryżu Thiais. Ad multos annos Andrzeju.
O. generał Jerzy Tomzinski
– Musisz zdobyć Jasną Górę! – rozkazał mi naczelny z początkiem mojej kariery dziennikarskiej w Warszawie. Starsi w fachu koledzy wytłumaczyli mi, że tak serio duchowej stolicy Polski nikt z żurnalistów nie zdobył od 1945 roku. Skoro tak, trzeba użyć fortelu, jak uczył nas Karol Małcużyński. Pilnowałem, żeby natknąć się na ojca Jerzego Tomzinskiego, gdy ten przyjmował intencje od wiernych za msze święte. Powiedziałem ojcu generałowi, iż ta szczególna intencja jest za szczęśliwy powrót mego ojca z niewoli. A po drugie muszę „zdobyć” Jasną Górę dla ratowania dziennikarskiej skóry. Ojciec przeor przyjął mnie po wieczornej mszy.
Po moim tekście w „Słowie” pojechałem do Częstochowy z notesikiem, w którym zapisałem kilka synonimów do słów tłum, masa itd. „Opublikuję felieton z tymi synonimami opatrzonymi odpowiednimi liczbami, na przykład gdy w rocznicę Ślubów Jasnogórskich kardynała Wyszyńskiego weźmie udział dwadzieścia tysięcy wiernych, ja w sprawozdaniu użyję słów nieduża masa. Cenzura prawdopodobnie strawi to określenie, a czytelnik dowie się, ile osób wzięło udział w uroczystości”. No i udało się. Po jakimś czasie przesympatyczny o. generał Tomzinski wprowadzał mnie w różne tajemnice narodowego sanktuarium. Posadził mnie przy dziwnym archiwum, gdzie mogłem przeczytać: „Rząd Polski Ludowej błagalnie prosi Matkę Bożą Częstochowską o pomyślność dla Ojczyzny”. Podpis pod intencją złożył Edward Osóbka-Morawski, pierwszy premier rządu komunistycznego. Wydrukowałem tekst o tej szczególnej intencji.
Później o. Tomzinski wprowadzał mnie w arkana innych tajemnic sanktuarium, nawet gdy był już na emeryturze. Zmarł śp. ojciec generał w wieku 103 lat.
Niezwykłe braterstwo z Lolkiem
Wiedzieliśmy, ile kardynał Wojtyła zawdzięczał kardynałowi Wyszyńskiemu i ile z kolei kardynał Kominek obydwu purpuratom. Dopiero, gdy Karol Wojtyła został papieżem, ujawnił swoją niezwykłą koleżeńskość z nim Eugeniusz Mróz. Wszystko miało miejsce w wadowickim męskim gimnazjum Miechowity. Podczas mszy pontyfikalnej Jana Pawła II na Piotrowym Placu w Watykanie pojawiło się dwunastu kolegów licealnych „Lolka” Tak nazywali Karola Wojtyłę licealiści prywatnie. Na prośbę Ojca Świętego nic nie zmieniło się po Mszy pontyfikalnej we wzajemnym zwracaniu do siebie.
Gdy pochwaliłem się Eugeniuszowi Mrozowi, sekretarzowi redakcji w partyjnej „Trybunie Opolskiej”, że wybieram się do Rzymu, pomógł mi błyskawicznie załatwić tanie kwatery a przede wszystkim wystawił w dwóch językach glejt podpisany „Eugenio Mróz, rocznik 1920, kolega gimnazjalny Ojca Świętego Jana Pawła II”. Zafoliowane z pieczęcią watykańską pisma in blanco otrzymali wszyscy koledzy z klasy maturalnej Papieża
Mojej I żony pielgrzymki do Rzymu w 1987 roku nie będą tu opisywał. Ale wspomnę o tym, że mogło mnie dzisiaj nie być w Polsce. Śp. redaktor Eugeniusz Mróz (zmarł w Krapkowicach mając w 2020 roku równo sto lat) skierował mnie z odpowiednim poleceniem do sztabowca Andersa Witolda Zahorskiego, wicedyrektora legendarnej Biblioteki Paryskiej, mającego też mieszkanie z dużym biurem w Rzymie. Pan kapitan Zahorski kompletnie nas zaskoczył proponując emigrację do Stanów Zjednoczonych: – Przyjdźcie za tydzień, będą już miał opłacone dla was miejsca w samolocie no i dla Pana redaktora pracę dziennikarską. Jednak z rodzinnych względów nie opuściliśmy Europy.
No to na dziś tyle moich dziennikarskich przygód ze stulatkami.
Engelbert Miś




Komentarze
Moi Stulatkowie — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>