Teneryfa – wyspa, na której czas chodzi boso
Lipiec 2026 roku. Słońce od rana wiedziało, co ma robić. Świeciło mocno i uczciwie. My też wiedzieliśmy swoje. Przyjechaliśmy na Teneryfę odpocząć.
Byłem z córką i wnukami. To był dobry skład. Trzy pokolenia pod jednym dachem. Każde miało swoje marzenia, ale wszystkie prowadziły do basenu. Nasza willa w Costa Adeje była duża i jasna. Basen błyszczał jak niebieskie szkło. Każdego ranka wnuki urządzały zawody, kto pierwszy wskoczy do wody. Ja udawałem sędziego, choć dobrze wiedziałem, że i tak przegram z dziecięcą energią.
Wieczorami siedzieliśmy na tarasie. Powietrze pachniało oceanem i kwiatami. Nikt się nie spieszył. Nawet zegarek wydawał się chodzić wolniej. Costa Adeje słynie z jednej rzeczy szczególnie. Jest tam Siam Park – podobno najpiękniejszy park wodny na świecie. I trudno się z tym kłócić. Zjeżdżalnie były tak wysokie, że człowiek miał chwilę, by zastanowić się nad całym swoim życiem, zanim wpadł do wody. Wnuki chciały jechać jeszcze raz. Ja uznałem, że raz wystarczy, aby serce pamiętało tę przygodę do końca wakacji.
Największe wrażenie zrobił jednak ocean. Wypłynęliśmy katamaranem daleko od brzegu. Woda miała kolor błękitu, którego nie potrafi namalować żaden malarz. Nagle pojawiły się delfiny. Płynęły obok nas, jakby chciały sprawdzić, czy umiemy się jeszcze cieszyć jak dzieci. Potem zobaczyliśmy żółwie morskie. Spokojne. Dostojne. Wyglądały, jakby znały wszystkie tajemnice oceanu. A wtedy wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Z głębin wynurzyły się orki. Prawdziwe królowe oceanu. Przez chwilę wszyscy zamilkli. Nawet wnuki zapomniały o telefonach. Tylko wiatr mówił swoim językiem. Przynajmniej tak to zapamiętałem. A jeśli któraś z orek mrugnęła do mnie porozumiewawczo… cóż, tego już nikt nie jest w stanie sprawdzić.
Teneryfa zachwyca dziką przyrodą. Wysokie palmy kołyszą się na wietrze. Potężne kaktusy stoją niczym strażnicy wyspy. Egzotyczne ptaki śpiewają od rana, a jaszczurki wygrzewają się na kamieniach z godnością prawdziwych właścicieli tego miejsca. Wyspa narodziła się z ognia. Z lawy i wulkanów. Do dziś nosi ich ślady. Najwyższy z nich – majestatyczny Pico del Teide – wznosi się na ponad trzy tysiące metrów. Patrząc na niego, łatwo zrozumieć, że natura nie lubi półśrodków.
Pojechaliśmy także do Cueva del Viento. Tam pod ziemią ciągną się kilometrami dawne kanały lawowe. Mówią, że prowadzą aż w stronę oceanu. W środku było chłodno i cicho. Pomyślałem wtedy, że lawa, zanim ostygła, musiała mieć naprawdę wielką wyobraźnię.
Na Teneryfie wszystko jest trochę bardziej strome. Ulice mają nachylenie nawet piętnastu procent. Spacer pod górę przypomina niewielką wyprawę wysokogórską. Powrót w dół jest znacznie łatwiejszy, choć kolana czasem mają inne zdanie.
Wyspa jest największą z Wysp Kanaryjskich. Mieszka na niej niemal połowa mieszkańców całego archipelagu. Jej flaga przypomina flagę Szkocji, bo patronem wyspy jest święty Andrzej. Ciekawostką jest także to, że to kanarek zawdzięcza swoją nazwę Wyspom Kanaryjskim, a nie odwrotnie. Historia lubi płatać figle.
Plaże są niezwykłe. Większość pokrywa czarny, wulkaniczny piasek. Wygląda jak zmielona noc. Są też złote plaże. Playa del Duque zachwyca elegancją, a El Médano, ciągnąca się przez dwa kilometry, daje poczucie nieskończonej przestrzeni. Woda jest przejrzysta i błękitna. Można patrzeć na dno, jakby ocean nie miał nic do ukrycia.
Zwiedziliśmy również Santa Cruz – stolicę wyspy – oraz San Cristóbal de La Laguna, które wielu uważa za najpiękniejsze miasto Teneryfy. Wąskie uliczki, kolorowe kamienice i place pełne ludzi przypominają, że najpiękniejsze miasta nie muszą być największe. A potem przyszła pora na jedzenie. I tu człowiek szybko zapomina o wszelkich dietach. Papas Arrugadas z sosem mojo smakowały wyśmienicie. Żeberka rozpływały się w ustach. Paella miała tyle odmian, że można było codziennie odkrywać ją od nowa. Tysiące restauracji i małych knajpek udowadniały, że szczęście bardzo często podaje się na talerzu.
Największym skarbem tych wakacji nie były jednak widoki. Ani basen. Ani ocean. Ani nawet Teide. Największym skarbem byli ludzie, z którymi tam byłem. Dzieci przypominały mi, że świat najlepiej ogląda się z uśmiechem. Córka pokazała, że dorosłość nie przeszkadza w zachwycie. A ja odkryłem, że wspomnienia są jedyną walutą, która z każdym rokiem tylko zyskuje na wartości. Kiedy wracaliśmy do domu, walizki były cięższe. Nie od pamiątek. Od wspomnień. Na lotnisku wnuk zapytał:
– Dziadku, kiedy znowu pojedziemy na Teneryfę? Odpowiedziałem zgodnie z prawdą:
– Jak tylko mój portfel zapomni, ile kosztowały te wakacje. Portfel milczy do dziś. Ale serce już pakuje walizkę.
Andrzej Skupniewski






Komentarze
Teneryfa – wyspa, na której czas chodzi boso — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>