Wspomnienie o red. Leszku Millerze
W grudniu minęła rocznica śmierci red. Leszka Millera, człowieka mi osobiście bardzo bliskiego, który namawiał mnie przed laty do pisania. Znaliśmy się ponad trzydzieści lat i zawsze szanowaliśmy się wzajemnie. Rok temu nie mogłem być na jego pogrzebie, przebywałem wówczas na kuracji w sanatorium w Kołobrzegu. Żałuję, że nie mogłem go wówczas pożegnać.
Kiedy byłem na Targach Dobrej Książki we Wrocławiu, wpadła mi w ręce książeczka „Zawód na minie” red. Romana Gomerskiego byłego wieloletniego dziennikarza „Słowa Polskiego”, odnalazłem w niej fragment poświęcony Leszkowi, uznałem, że warto go opublikować, co też czynię poniżej.
G. Woj.
Roman Gomerski
Pewne wydarzenie znalazło swój epilog przy klubowym stoliku. Zadzwonił do mnie prezes jakiejś spółdzielni z Kłodzka, prosząc o sprostowanie jego wypowiedzi w informacji Leszka Millera. Dziennikarz napisał, że spółdzielnia wytwarza buty na styropianie zamiast styrogumie. Wezwałem natychmiast Leszka, żeby sam posłuchał prezesa.
– Tak, tak, tak to jest, panie prezesie, jak się przekazuje informacje telefonicznie – dziennikarz prawie go rugał.
– Leszek, powiedz, kto do kogo dzwonił?
– Oczywiście, ja do prezesa.
Ręce mi opadły. Nasza praca bez możliwości uzyskania informacji przez telefon byłaby nie do pomyślenia. Należało więc dbać o niezrażanie informatorów. Wieczorem w klubie Leszek nie zauważył mojej obecności i głośno perorował o porannym wydarzeniu. Co nieco przekręcając jego treść.
– Gomerski to fajny chłop, ale na chemii to się on nie zna – puentował.
Do Leszka Millera miałem słabość. Nie mogło wszak być inaczej. Przyjaźniliśmy się od niepamiętnych czasów. Poznałem go w Złotoryi, gdzie mieszkał z rodzicami. Wiedziałem, że współpracuje z wrocławską rozgłośnia Polskiego Radia. On miał wtedy 18 lat, ja 20. Byłem już wówczas etatowym redaktorem „Gazety Robotniczej”. Jako starszy kolega zaproponowałem przejście na „ty”. Siedzieliśmy przy stole z rodzina Leszka, gdy w radiu zabrzmiał znajomy sygnał z Wrocławia.
– Proszę teraz nie rozmawiać. Będzie moja audycja – zapowiedział Leszek.
Czekamy, czekamy. Wreszcie jest.
– W powiecie złotoryjskim zakończyły się żniwa – obwieścił głos spikera, po czym przeszedł do omawiania innych spraw.
– Gdzie ta audycja – zwróciłem się do Leszka.
– To właśnie była audycja.
Śmialiśmy się z tego wielokrotnie. Podzieliłem się z nim informacją o powstaniu pisma w stolicy Karkonoszy. Nazywało się „Nowiny Jeleniogórskie”. Radziłem mu zapukać do jego redakcji. Leszek posłuchał mnie i pewien czas tam pracował. Kontaktu nigdy nie zerwaliśmy, choć Leszek odbył swoistą wędrówkę po redakcjach w kraju. Tak na fest złączyliśmy swoje zawodowe losy w „Słowie”. Kiedy zostałem zastępcą szefa w tym dzienniku, Leszek już od dłuższego czasu współpracował z nim. Namówiłem Zyzia Paprotnego, żeby dał mu etat.
Roman Gomerski, Zawód na minie, Wrocław 2010, s. 59-60.


Komentarze
Wspomnienie o red. Leszku Millerze — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>