Stanisław Szelc – „Ad memoriam”
Przez kilkanaście lat mój pokój redakcyjny był blisko pokoju Kolegów ze Studia 202 – często otwarty, z którego dochodził donośny głos Staszka. Wyrazista postać posiadająca szacunek wielu, nawet tych nieznajomych – mówili mu dzień dobry.
Nigdy nie odmawiał udziału w programach czy audycjach nas dziennikarzy zespołu Polskiego Radia we Wrocławiu. Był otwarty, a jego bezpośredniość połączona z profesjonalizmem budziła uznanie. Poprosiłam go kiedyś o przeczytanie wierszy do audycji Weneckie maski (wiersze Janusza Wójcika z tomiku „W cień oliwnego drzewa”). Powiedział „daj mi ten tekst” naczytał i przyszedł do studia, i zrobiliśmy robotę (audycja ta znajduje się w zbiorach radiowego archiwum). Był też ważną postacią w talk show cyklu Bistro Ewa. Tak się złożyło, że dwoje głównych bohaterów Ewa Stramska i Paweł Jarodzki prowadzą już ten bar u Pana Boga i teraz dołączył do nich Staszek Szelc. Były to świetne czasy radia, kiedy nasi słuchacze z wielką estymą traktowali przekaz głoszony przez polskie media, a satyra oraz kabaret uznawana za wisienkę na torcie. Studio 202 – kabaret Elita, którego członkiem był Stanisław Szelc to pierwsza liga tej pięknej i trudnej formy interpretacji naszej rzeczywistości. Sobotnie wydanie Szczypty Studia 202, czy Wakacje z biznesem i przygodą, i tutaj Lunch ze Studiem 202, były to programy „na żywo” emitowane z już nie istniejącego studia tzw. szybkich biegów, głównie w realizacji św.p. Marka Motasa. Słuchało tych programów zawsze kilka milionów Dolnoślązaków i nie tylko, o czym świadczyły wyniki badań słuchalności oraz monitoringu poszczególnych audycji.
Kolegów ze Studia 202 – Kabaretu Elita oklaskiwano w wielu miejscach świata, byli zapraszani przez Polonię w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii. Pamiętam, kiedy wrócili z Republiki Południowej Afryki, w naszej stołówce radiowej na poziomie minus jeden, przy pierogach i kotlecie, z wypiekami na twarzach słuchaliśmy ich opowieści. Dzielili się prawdziwie swoimi wrażeniami. Staszek Szelc wiódł prym w tych afrykańskich historiach.
Staszek Szelc był dumny ze swoich dzieci i to bardzo, bardzo. Często dzielił się z nami ich osiągnięciami. A Olga Szelc była nawet naszą młodszą Koleżanką i poznawała arkana sztuki medialnej. W 2005 roku przy zapisach do wspomnień Grzesznych Wrocławia (archiwum prywatne) poprosiłam Staszka Szelca o rozmowę. Zapytał – o czym będę dzisiaj opowiadał? O sobie. Podzielił się wówczas opowiadaniem z wizyty w Związku Radzieckim. Dla niego wówczas przygoda życia, bowiem na Sylwestrze w Moskwie spotkał Wysockiego. Poznał ludzi z Teatru na Tagance i oni zaprosili go do siebie do domu. Podali adres. „Ja pamiętam do dzisiaj kwartira trinadsat. I jak to w Rosji bywa na jednym piętrze dwa numery trzynaście. Najpierw trafiłem pod tym numerem na faceta w gaciach z troczkami, a pojechałem tam tuż przed dwunastą, tu jest trzynaście pytam i on, a cha trzynaście tak, drugie tam na końcu korytarza. Był Wysocki grał na akordeonie. O dziwo nie był sprawnym akordeonistą, ale grał i podśpiewywał. Piliśmy wszyscy alkohol i rano odprowadzili mnie do stacji metra. Powróciłem do hotelu, ale nad ranem obudziłem się w innym pokoju w bardzo eleganckim mieszkaniu. Ten mój przyjaciel Andrzej poznany aktor, był z białogwardyjskiej rodziny (uchował się) więc mieszkanie pełne bardzo dobrej zastawy, kryształy, porcelana, no i wódka. Leżę i tak czuję, że obok mnie jest jakiś ruch. Oni po pijanemu dołożyli mnie do wytwornej babci. Łóżko było szerokie, także nie sprzyjało kontaktom międzyludzkim – śmiech.
Ja nie opowiadam o Ameryce, Australii, RPA, czy Kanadzie, gdzie wielokrotnie bywałem, bo to banalne. Nas bardziej kręci i zdumiewa ten Wschód. Otóż mówię do tego Andrzeja, w ostatnie dni pobytu w Moskwie, mam do cholery rubli, a tu nic nie można kupić. Nic. Było piwo Holstein i arabska woda kolońska, która, jak się nią posmarowałem to muchy w promieniu 300 – tu kilometrów się zlatywały i jeszcze ta woda się lepiła. No, a on mówi, złoto kupisz pójdziemy na stary Arbat. Ale tam sklepów nie ma. Nie pójdziemy do sklepu, jak to Słowianie. I poszliśmy do jakiegoś, podejrzanego mieszkania, facet o urodzie Frankensteina stosunkowo tanio sprzedał mi garść pierścionków. Wyrób taki sobie, lekko bizantyjsko–azjatycki, ale złoto. Mówię do przyjaciela Andrzeja. Dobrze, ale jak to przewiozę? On mówi, no jak, włożysz do kieszeni. Co Ty zwariowałeś człowieku, przecież na granicy mnie drapną i nie dość, że mi zabiorą (pal sześc), to będę mieć duże nieprzyjemności. Słuchaj Stanisław – kup pół litra wódki i przed granicą, jakieś 80 kilometrów, jak przychodzą pogranicznicy i celnicy wypij tę wódkę, butelkę rzuć na ziemię w wagonie. Sam jechałem w przedziale, zrobiłem tak, jak mówił. Przed granicą przychodzą pogranicznik i celnik – pytają załato, co u Was jest? Pierścionki? Nie mam, mówię lekko zachwianym głosem, chociaż, jako urodzony na Syberii odporny jestem na alkohol. Załatyje kalco, nie mam. Pogranicznik popatrzył na butelkę turlająca się po podłodze i mówi do celnika, zostaw przecież widać, że pijak. No i tak przejechałem przez granicę”.
Te wspomnienia Staszka Szelca wprawiają niejednego z nas w osłupienie, bowiem prawdziwość zdarzeń z wizyty w Związku Radzieckim dziś Federacji Rosyjskiej pokrywa się z wieloma sytuacjami niejednego Polaka i może obcokrajowca.
Takim właśnie go zapamiętałam – nie wielkiego Tuza z kabaretu, ale wielkiego Kolegę z pokoju naprzeciwko.
Aleksandra Dankowiakowska-Korman
Wrocław – 21 września 2026 r.


Komentarze
Stanisław Szelc – „Ad memoriam” — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>