Całe życie z Polonią brazylijską, zwłaszcza z moim wielkim przodkiem Wosiem
Początek drugiej na świecie pod względem wielkości Polonii dał mój wuj Edmund Sebastian Woś-Saporski z rodzinnych Starych Siołkowic w powiecie opolskim. Gdy Polski nie było na mapie Europy, wuj zarejestrował w 1875 roku w Urzędzie Municypalnym w Kurytybie dystrykt o nazwie ,,Nova Polonia” z flagą narodową przy wjeździe do kolonii Pilarzinho (z portugalskiego „filarek”). Dystrykt działał do 1878 roku.
Polonią brazylijską interesowałem się już w szkole podstawowej. W opowieściach rodzinnych często mówiono o Sebastianie Wosiu, pradziadku mojej Mamy Angeli Woś, jako o niezwykle odważnym mężczyźnie, który pod Krzyżem Południa jest właścicielem plantacji kawy, tudzież ma kilka akrów araukarii. Ojciec zaprowadził mnie do proboszcza, który znalazł w parafialnym sztambuchu następujący zapis: „Sebastian, syn Szymona Woś i jego żony Jadwigi Kampa, urodzony o godzinie czwartej rano 19 stycznia 1844 roku”.
NIEZWYKŁY LIST
Rok przed moją maturą 24 czerwca 1960 roku do Urzędu Gminnego w Starych Siołkowicach wpłynął niezwykły list z dalekiego Campo Largo w Paranie. Nadawcą okazał się cieszyniak Paweł Nikodem, jeden z dwóch nestorów polskiej prasy w Brazylii. W okresie międzywojennym Paweł Nikodem pracował w polskiej dyplomacji w Brazylii. Przytoczę obszerne fragmenty tego interesującego listu: „Drodzy Rodacy, ob. Engelbert Miś zamieszkały przy ulicy Powstańców 18, otrzymawszy mój adres z Polskiego radia w Opolu, zwrócił się do mnie z prośbą o skomunikowanie go z rodziną parańskich Wosiów-Saporskich. Znałem śp. Edmunda Sebastiana Wosia-Saporskiego (zmarł w 1933 roku) „ojca osad polskich w Paranie” oraz jego dzieci, z których już żadne nie żyje; wnuków i prawnuków trzeba by mi dopiero poszukać. Niech ob. Miś zwróci się do Consulado da Polonia, rua Bs. Aires nr 265, Curitiba-Brasil. (…) Korzystam z okazji, aby pogwarzyć z Wami trochę, Drodzy Krajanie! Za czasów „Gazety Polskiej”, której byłem ostatnim wydawcą i redaktorem, miałem w Kurytybie sposobność poznać szereg parańskich Siołkowiczan (oprócz Wosiów-Saporskich) – wyliczę Wam ważniejsze postacie: ze Skrochów wnuczka tej rodziny dr Klementyna Wołowska-Mussi jest znanym lekarzem. Artysta snycerz Paweł Kołodziej stałe wystawia prace w Rio de Janeiro. Proboszczem w Kurytybie był inny Siołkowiczanin ks. Paweł Kupczyk. Przesuwają mi się przed oczyma nadto rodziny Piekorzów, Kuligów, Kupków, Filów, Pampuchów, Misiów oraz innych. Do osad pod Kurytybą należą Pilarzinho (najstarsza, wytyczona przez Wosia w 1871 roku), Candida, Zacarias, Cristina. Tylko prawnuki w tych pozamiejskich osiedlach mówią jeszcze do dziś jako tako po polsku, ale już nie piszą, bo polskie szkoły zamknięto w 1937 roku. Na ogół twierdzą oni, że wywodzą się ze Śląska, lecz wątpię, czy dochowała się wśród nich legendarna już przecież mowa praojców…
Paweł Nikodem w tej opowieści pyta: „Chciałem Was tak zapytać tak po naszemu „po śląsku, po pierońsku” Kochani Krajanie, czy żyje tam jeszcze wśród Was pamięć o tym, że to mija akurat 90 lat, jak z Siołkowic wyjechała w 1869 roku pierwsza gromada 16 rodzin, a rok później taka sama grupa 16 familii do onej dalekiej „Brzezylii” na pozew Sebastiana-Wosia 25-letniego podówczas inżyniera młodzika, synka Szymona, tego samego, co pięknym tenorem śpiwoł pieśniczki nie tylko na lokalnych odpustach… Czy Wy w siołkowickim gnieździe zdajecie sobie sprawę z pionierskiej roli, jaką odegrała ta miejscowość w rozwoju dzisiejszej Parany? Polskę i Brazylię łączy dziś zażyła przyjaźń, a pierwsze ogniwo tego łańcucha dały Siołkowice… Wybaczcie Kochani Siołkowiczanie ten długach list. Napisał go krajan ,, śląski pieron” przez „Gazetę Polską” blisko z Saporskim i Wosiami związany. Pamiętam, jak śp. Sebastian Edmund rzekł sobie do mnie żartobliwie i w zaufaniu: „My dwaj to tacy Polacy przyszywani. Czemu to Piłsudski w 1920 roku nie chciał moich Siołkowic”. List Pawła Nikodema zatytułowany „Siołkowiczanie w Brazylii” wydrukowano w 1961 roku w „Kalendarzu Opolskim”.

Pod pomnikiem Edmunda Sebastiana Wosia-Saporskiego w Kurytybie składają kwiaty wszystkie oficjalne polskie delegacje.
GROM Z PARYSKIEGO NIEBA
Na studiach co jakiś czas dostawałem listy z Kurytyby i z Brusque. Te pierwsze od mego kuzyna dr Edmunda Leininga Saporoskiego lub jego córki Edilmy, studentki prawa. Były pisane w języku portugalskim. Tłumaczył je na język polski poliglota Zdzisław Kempf względnie pisarz Boleslaw Mrówczyński, który przymierzał się do napisania zbeletryzowanej trylogii związanej z parańskimi dziejami Wosiów i rodaków. Dziełu nadał tytuł „Bartochowie” (poszczególne tomy: Bitwa o Pilarzinho, Osada nad Srebrnym Potokiem i Tętniący step). I nagle szok z samiutkiego Paryża, telegram nadany na Polach Elizejskich o treści: „Przyleciałem z delegacją z Brazylii na Tysięczną Rocznicę Chrztu Polski. Jutro widzimy się na śniadaniu we wrocławskim „Monopolu”. W siołkowickim domu przestraszona Mama zapytała: – A w czym ty synek pojedziesz do Wrocławia? Przy stoliku śniadaniowymi ukłony złożyłem potężnemu Edmundowi Gardolińskiemu będąc przekonany, że to Saporski. Za chwilę bardzo niskiego wzrostu kuzyn pojawił się z wielkim koszem podarunków. Służbową wołgą użyczoną na dwa tygodnie przez prof. Bolesława Iwaszkiewicza, przewodniczącego Prezydium RN Wrocławia, pojechaliśmy do rodzinnej wsi. W Siołkowicach Saporski najdłużej rozmawiał z moją babcią Marią Woś (1890-1970). Na obiad zażyczył sobie kilka strągów domowej fasoli typu „Jaś” z bardzo ostrym sosem, który przywiózł z „drugiej” ojczyzny. Po posiłku paliliśmy z ojcem skręty z brazylijskiego petuna popijając cachaçe. Na drogę powrotną do Kurytyby kuzyn zabrał z naszego ogródka dwa woreczki ziemi ojczystej, pierwszy umieści pod płytą grobową „ojca emigracji”, drugi zostawi dla siebie. Ja podarowałem kuzynowi oprawioną na poczekaniu własną pracę magisterską zatytułowaną „Dzieje Polonii brazylijskiej uwiecznione beletrystycznie w trylogii Bolesława Mrówczyńskiego „Bartochowie”.
WYSTAWA I JESZCZE SESJA
Pracując w redakcjach warszawskich pism namawiano mnie po kolejnej odwilży na zorganizowania nowych polonijnych projektów. Pierwszym była wystawa poświęcona stuletniej historii emigracji Polaków do Ameryki Łacińskiej. Drugi projekt – sesją naukowa – był trudniejszy do zrealizowania. Myśmy wciąż byli krajem za żelazną kurtyną, państwem dla zachodu komunistycznym, a w Brazylii kwitł przecież kapitalizm z kolejnym wywrotowym prezydentem. No ale z pomocą przyszedł mi „świeży” emigrant z Brazylii Władysław Wójcik, z którym wcześniej korespondował. Także Anisio Oleksy, prezes Federaçâo Polônica do Brasil – POLBRÁS, zresztą kuzyn naszego byłego premiera Józefa Oleksego. Pieniądze na sesję ciułałem przez niemal rok. Eksponaty wysłał Anisio Oleksy, ale przede wszystkim większość potrzebnych eksponatów pożyczyła Ambasada Republiki Brazylii. Wpuszczono mnie do ichniejszego archiwum mieszczącym się przy Rudawskiej 5. JE Ambasador pozwolił mi spenetrować archiwa i jeszcze zapakował na odchodnym jakiś bimber i bardzo mocny tytoń, który kurzyli kabokle w interiorze. Najciekawszy z otrzymanych dokumentów był drukowany po polsku miesięcznik „Lud”, w którym można było wyczytać dokładne dane o rodzajach uzbrojenia wszystkich armii Układu Warszawskiego. Zarządziłem, że gdziekolwiek na obwożnej wystawie znajdzie się miesięcznik, musi być chroniony przez osobę pilnująca, by podejrzany tekst nie dostał się w niepowołane ręce. Ekspozycję o eksodusach Polonii na przełomie XIX/XX wieku obejrzało w różnych klubach i domach kultury ponad 100 tysięcy osób.
Na sesję nie udało się ściągnąć żadnego naukowca z Brazylii. Referaty z naszej strony wygłosili prof. Witold Kula z PAN i doc. Manfred Kutyma z Instytutu Śląskiego. Wartościowym głosem było wystąpienie sędziwego Władysława Wójcika. Nawiązał do wspomnień „ojca emigracji” zawartych w „Pamiętniku z brazylijskiej puszczy”, wydanych przez „Śląsk” w 1974 roku. W książce określony jest status rodzin emigrantów, wykształcenie co najmniej ośmioklasowe lub średnie, gdy np. to co pisał Kazimierz Głuchowski, a powtarzała za nim Maria Konopnicka w „Panu Balcerze w Brazylii”, chłopi z Galicji, to były te Maćki i Wojtki na ogół niepiśmienne. Siołkowiczan doc. Kutyna przypomniał, iż w mojej rodzinnej wsi ośmioklasową szkołę otwarto w 1767 roku, a w 30 lat później drugą podstawówkę z powodu bardzo dużej ilości dzieci.
Data publikacji: 2026-10-23








Komentarze
Całe życie z Polonią brazylijską, zwłaszcza z moim wielkim przodkiem Wosiem — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>