Profesor – w drodze po marzenia
PIOTR GARBACZEWSKI – profesor belwederski, były dyrektor Instytutu Fizyki Uniwersytetu Opolskiego, rodowity Opolanin zamieszkały od matury we Wrocławiu, kiedy pytam go o ważne zdarzenia, czasem punkty zwrotne w jego życiu zawodowym i osobistym, stwierdza:
– Z perspektywy lat dostrzegam, że pozornie losowy ciąg zdarzeń, z których każde mogło przynieść mało przewidywalną zmianę całej mojej przyszłości, skrywał pewien porządek – wyrazisty ślad młodzieńczego marzenia. Realia procesu stawania się naukowcem wymagają pokonania wielu przeszkód, a przede wszystkim poznania i pokonania własnych ograniczeń i przekonania mentorów szkolnych, a następnie uniwersyteckich, że na naukowca się nadaję. Moja żona Ewa niegdyś zauważyła, że w pracach doświadczalnych (głownie na użytek domowy), nie zawsze się sprawdzam, ale jestem specjalistą od nietypowych rozwiązań, na które czasem trudno wpaść ortodoksyjnym praktykom -.
Pochodzi z rodziny bez inteligenckich tradycji, w której jednak samokształcenie rodziców i kształcenie dzieci były uważane za konieczność. Był dzieckiem zdolnym oraz wszechstronnym, wiedzę przyswajał szybko. Muzyka gościła na poważnie w jego młodzieńczym etapie, grał na wiolonczeli, epizodycznie śpiewał w chłopięcym chórze Kajdasza (na opolskiej delegacji).
Zaś jego mentorem stał się nauczyciel fizyki, repatriant z Drohobycza, wiekowy już profesor Kmicikiewicz, podczas nauki w XI Liceum Ogólnokształcącym, dziś I LO w Opolu. – Nasze rozmowy były podbudowane emocjami, był to rodzaj romantycznej przygody, zalążek tego, co nazywa się pasją poznawania świata. Wziąłem udział w olimpiadzie fizycznej, rozwiązałem zadania i zakwalifikowałem się do szczebla regionalnego. Odkryłem – uczeni są ludźmi. I stało się. Zwyciężyła ciekawość odkrywania czegoś nowego, wizja przygody. Szkoła muzyczna i wiolonczela musiały zejść na drugi plan. Zostałem studentem fizyki Uniwersytetu Wrocławskiego. A na fizykę szło się po to, żeby zrozumieć świat i może nawet odkrywać -.
Okazało się, że z marszu „prochu nie wymyślisz” i przyszło pokonywanie trudności. Fizyka doświadczalna nie stała się już pasją. Na trzecim roku studiów nastał wybór specjalizacji i stała się nią fizyka teoretyczna – podparta niebanalną matematyką, sztuka tworzenia modeli (teoria!) zjawisk fizycznych. Pytam Pana Profesora o szczegóły.
– Na przykład ruchy planet, stabilność Układu Słonecznego, znacznie szerzej – zrozumienie funkcjonowania świata. Czy powszechna jest powtarzalność zjawisk, przykładowo: cykle Księżyca, zaćmienia, koniunkcje planet, istota misji kosmicznych –.
Równolegle w życiu Piotra Garbaczewskiego pojawiła się druga, równie ważna, co fizyka sfera życia – wspinaczka wysokogórska. W Akademickim Centrum Kultury Pałacyk we Wrocławiu organizowano kurs dla grotołazów. Poszedł, a tam spotkał Jacka Kolbuszewskiego późniejszego profesora, wybitnego polskiego literaturoznawcę, znanego pasjonata gór i eksploratora Tatr. W ramach ćwiczeń odbył się wyjazd do Jury Krakowsko-Częstochowskiej. – Pamiętam – dopowiada z uśmiechem – górniczy kask z miejscem na karbidową lampkę czołową. Sprzęt posiadaliśmy z tzw. demobilu. Były zwykłe pionierki – obuwie znane dziś z opowiadań starszych Polaków. Odzież na wariackich papierach. Na obozie wakacyjnym w Kościelisku chodziliśmy głownie po znakowanych szlakach. Ale skalne piękno gór – odkrycie Tatr to było to! Impuls, marzenie i kurs wspinaczkowy na Politechnice Wrocławskiej. Liczyła się ogólna sprawność, a kiedy się jest młodym, to wszystko możliwe nieprawdaż -. Tam Piotr Garbaczewski poznaje Aleksandra Lwowa i Krzysztofa Wielickiego. W ramach ćwiczeń kursowych w Górach Sokolich tworzą się samoistne zespoły wspinaczkowe. Zdarzało się odpadanie na przewieszkach z górną asekuracją, ale sprawność fizyczna i umiejętności techniczne (wspinaczkowe) szybko rosły. Tak zdobywa się doświadczenie. Od pierwszej (1970) wyprawy na Sokoliki, biwaków w legendarnym kolebie pod Krzywą, szybko przenosi się w Tatry. W latach 1971-74 pokonuje szereg trudnych dróg, próba zimą 1973 r. na filarze Mięguszowieckiego Szczytu, a w lutym 1974 już legendarna wówczas „Hokejka” na zachodniej ścianie Łomnicy. Kilka dróg na Kazalnicy Mięguszowickiej i Kaukaz (z Elbrusem jako wisienką na wyprawowym torcie).
– Góry ani Cię nienawidzą, ani nie kochają, są po prostu niebezpieczne – jednoznacznie stawia tutaj kropkę. A wielokrotny partner wspinaczkowy Alek Lwow, wysnuł z górskich doświadczeń tytuł swojej książki „Zwyciężyć znaczy przeżyć”.
Koniec studiów, zostaje przyjęty na studia doktoranckie. Zajmuje się tzw. teorią pola pod kierunkiem profesora Jana Rzewuskiego. Kończy je w trzy lata, później doktorat i propozycja pracy w Instytucie Fizyki Teoretycznej Uniwersytetu Wrocławskiego. Pierwsze spotkanie w nowej roli (adiunkt) ze studentami. Młody pracownik prowadzi ćwiczenia, trafia mu się pierwszy wykład. – Trema zawsze istnieje – mówi.
Kiedy pytam o sferę marzeń prywatnych ożywia się wspominając pierwsze spotkanie z Ewą. Grałem w studenckim zespole muzycznym na wiolonczeli oczywiście i brakowało kogoś od fortepianu. Przyszła ona, bardzo ładna dziewczyna, trochę nieśmiała, nawet stremowana pierwszoroczniaczka z psychologii Profesor uśmiecha się lekko – siła przyciągania, narastająca. Spotykaliśmy się w Herbowej w Rynku i trzymaliśmy się za rączki. Zaprosiłem ją na półmetek jednego z młodszych roczników fizyki i tańczyliśmy, tańczyliśmy, a później odprowadzając do taksówki po raz pierwszy pocałowałem ją w policzek. Byliśmy coraz bardziej razem. Przychodziłem do jej domu rodzinnego na herbatę z samowaru. I tak przez cztery lata. Co ważne, a z mojej strony wówczas lekkomyślnie, w 1973 roku zaprosiłem Ewę na obozowisko taterników na Hali Gąsienicowej i „zaciągnąłem” ją (przeszła całą) na Orlą Perć, mimo że wcześniej nie była nigdy w Tatrach. To było poświęcenie dla przyszłego męża. A ja chciałem jej tylko pokazać piękno gór, „fruwając” po łańcuchach. Ewa z wykształcenia jest psychologiem i często w okresie przed małżeńskim przeprowadzała na mnie (królik doświadczalny) rozmaite studenckie testy z tej dziedziny. Chyba wypadły dobrze, bo obchodziliśmy w ubiegłym roku pół wieku bycia razem. Taki był, niekoniecznie oczywisty, bezpośredni skutek nauki gry na wiolonczeli w opolskiej szkole muzycznej (nie zapominając o Liceum Muzycznym Ewy).
Jak każda głowa rodziny także i Pan Profesor posiada swoje domowe specjalności. Jest ich kilka, a najważniejsza to lepienie malutkich uszek wigilijnych – ponad 300 sztuk w przedświątecznej sesji. Sprzątanie też nie jest mu całkiem obce. – Staram się. Kulinaria to raczej śniadania i kolacje, bo z obiadów jestem słaby, chyba że „gotowce” – informuje.
W 1998 roku Prezydent Aleksander Kwaśniewski wręczył Piotrowi Garbaczewskiemu nominację – tytuł profesora nauk fizycznych – To zmienia status, ale w nauce to naturalny cel – dodaje.
Pytam Pana Profesora o przyjaciół i spotkania po latach. – Warte wzmianki jest symboliczne trwanie przyjaźni studenckich, co miesięczne (rotacyjne) spotkania piątki brydżystów, trzech kolegów i dwie koleżanki, wszyscy związani z rocznikiem Fizycy-1971. A jedno incydentalne spotkanie odbyło się niedawno, po 52 latach. Na Kaszubach, przed koncertem „pieśni staro-harcerskich” spotkałem się z Wojciechem Jarocińskim, z którym w lutym 1974 roku pokonaliśmy zachodnią ścianę Łomnicy (pierwsze polskie przejście zimowe „Hokejki”). Męskie wspomnienie. Wolna Grupa Bukowina, której Wojtek już wtedy był gitarzystą i solistą należy do wyjątkowych zespołów na polskiej scenie muzycznej. Powiem Pani, takie mam właśnie pozanaukowe znajomości, od „krainy łagodności”, przez trudne chwile na Łomnicy, do pełnej grozy himalaizmu (Alek Lwow, Krzysztof Wielicki).
Dziękuję za spotkanie i życzę realizacji dalszych marzeń
Aleksandra Dankowiakowska–Korman
sierpień 2026 r.
Zdjęcia z archiwum prywatnego Profesora.





Komentarze
Profesor – w drodze po marzenia — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>