Hieny jako wzorzec cywilizacyjny
Amerykański trapista Thomas Merton, poeta, pisarz, myśliciel opisał współczesne stosunki międzyludzkie jako „cywilizację hien” w której przyszło nam żyć. Hieny to ssaki drapieżne, stadne, które mają bardzo silne poczucie swej klanowości. Osobniki spoza swego klanu są zabijane w okrutny i niezwykle brutalny sposób.
Kiedy człowiek chce zabić tygrysa uważa to za
sport. Kiedy tygrys chce zabić człowieka
uważa to za dzikość i okrucieństwo.
Georg Bernard SHAW
Wszystko co jest nie zgodne z naszą wizją, rzeczywistości i ogólnie ogłoszonymi standardami XXI wieku (wedle naszych mniemań) podlega krytyce i obsobaczeniu. Nawet wykluczeniu. To tkwi w polskiej świadomości będąc immanencją myślenia także „porządnych demokratów”, cywilizowanych mieszkańców Europy Środkowej. Nasze zasady, cywilizowane, kulturalne, europejskie są a priori wyższe od wszelkich innych zasad i systemów wartości z racji „że udzielił ich nam sam Bóg” (albo że my to wiemy od dawna). Polska jest – zaraz po Ameryce – narodem wybranym przez Pana Boga, gdyż tu urodził się Jan Paweł II, stąd wywodzi się „Solidarność”, my obaliliśmy komunizm i mamy najlepszą elitę z rządów w Unii Europejskiej, której symbolem jest „poległy” (jak na polu walki w katastrofie lotniczej) Prezydent Lech Kaczyński. To jest religijna na wskroś, wzmocniona przez historyczne doświadczenia, dogmatyczna pieczęć postawiona na polskiej świadomości przez wieki. I dotyczy chyba wszystkich Polek i Polaków bez względu na ich stosunek do religii i Kościoła kat.
Prof. Maria Janion sądzi, iż takie zachowania wynikają z trudnego do zaakceptowania w cywilizowanym, zachodnim świecie „……połączenia tożsamości narodowej i religijnej z demokracją i równouprawnieniem płci”. Do którego to świata usilnie chcemy się zapisać. W związku z tym piętrzące się przeszkody na drodze ucywilizowania i przystosowania do universum demokracji, wolności i pluralizmu chcemy nadrobić, głośno i nachalnie zwracając na siebie uwagę. Echo zasady „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” powraca w XXI wiecznym ubrane w sarmacki kontusz. To pokłosie lat transformacji z jednej strony wybiórczego traktowania wartości demokracji liberalnej z jednoczesną admiracją polskiego zapyzienia, kołtuństwa i peryferii mentalnej (choćby nie przyjęcie np. Karty Praw Podstawowych czy rozwiązań od dawna obowiązujących w Europie Zachodniej do której usilnie chcemy się zapisać nie bacząc z czym to się musi wiązać).
Geneza tych zjawisk tkwi w polskiej kulturze gdyż ona ma tradycyjny, patriarchalno-religijny charakter. Dajemy więc im upust folgując obecnemu od dawna (to też stygmat czasów I RP) indywidualizmowi i swarliwości. Popularne przysłowie mówi: dwóch Polaków trzy partie, Wolter: „Jeden Polak to istny czar, dwóch Polaków – to awantura, trzech Polaków – och, to już jest polski problem narodowy” czy przysłowie słowackie mówiące iż „Gdy się dwaj Polacy zejdą, to w trzy strony się rozejdą”.
Leon Petrażycki pisał, iż prawo nie może być instrumentem czyjejś, subiektywnej bądź grupowej, moralności. Mobilizacja zbiorowego nacisku moralnego niszczy jej źródła, ponieważ zachodzi niezgoda z wolnością sumienia i jak stwierdza prof. Andrzej Walicki – z „ideałem Caritas”. Moralność, a przez to jej normy, nie może być narzucana przez ustawodawstwo. Jej oddziaływanie powinno iść wyłącznie za pomocą przykładu. Nie można tworzyć atmosfery wymuszonego konformizmu, która sprzyja rozprzestrzenianiu się hipokryzji, pospolitej obłudy i faryzejstwa. W takich wypadkach rodzi się dyktat moralności, najczęściej będącej w posiadaniu części danej zbiorowości. Prowadzi to do wytworzenia fałszywej praktyki politycznej. Przykłady z dziejów takich działań są tragiczne, bo piszą historię silnych, autokratycznych i zarazem toksycznych dla pamięci i tożsamości, sytuacji. Jeśli elity lub rządzące gremia trwają w przyzwyczajeniu do wyłącznego posiadania podmiotowości, prawdy, wartości moralnych itd. wtedy przepaść między ich oczekiwaniami, a realiami politycznymi będzie powodowała irytację rywali politycznych i pogardę lub mitologizację rzeczywistości przez tzw. „lud”.
Walicki uważał, że metody zaprowadzania moralnego dyktatu urzeczywistnia się na dwa sposoby:
1) wykluczenie przez ostracyzm i izolację.
2) legislacja moralności czyli uczynienia moralne słusznych poglądów prawnie obowiązującymi.
Obie drogi są zawsze tragiczne w skutkach, owocują bowiem dramatami ludzkimi, łamaniem sumień i powszechną hipokryzją.
Coś stało się w Polsce w przeciągu bez mała trzech dekad od odzyskania suwerenności, że cofamy się w zbiorowych zachowaniach do poziomu trybalizmu plemiennego! I dzieje się to mimo członkostwa w międzynarodowych strukturach i w obliczu autentycznego sukcesu cywilizacyjnego. Coraz więcej osób uważa, iż kulturowo, obyczajowo, pod względem modernizmu jest gorzej niż 3, 4 czy nawet 5 dekad temu (ale nie patrząc przez pryzmat luksusowych samochodów, „wypasionych” komórek, kont bankowych, wczasów w Egipcie i na Seszelach, giełdy, „biznesów” itd.). W takich organizmach, typowo plemiennych, wsobnych zbiorowościach, klanach pierwotne instynkty, namiętności, afekty i pospolity fanatyzm, pozwalają tolerować tylko członka swego klanu i swego ziomka. Dziś to mniemanie wzięło górę nad racjami rozumu, poczuciem odpowiedzialności za zbiorowość, szacunkiem dla stanowionego prawa (czyli tym samym negując jurydyczne podstawy państwa prawa), dystansem do rzeczywistości (a przede wszystkim – do siebie). Nad empatią i solidarnością. Sądzę, że ta szkodliwa i toksyczna tradycja ma swój rodowód w idei „narodu wybranego” traktowanej dosłownie, immanentnej najszerzej rozumianemu judeo-chrześcijaństwu.
W historii ludzkości ta idea była i jest obecna cały czas. I wyrządziła w tym czasie niepomierne szkody wszelkiego autoramentu: od masowych mordów, grabieży poczynając, poprzez podboje i rzezie INNEGO, a na krwawych rytuałach religijnych ku czci bóstwa wybierającego dany naród, dane plemię, dany klan, kończąc. Powszechnie kojarzy się ową ideę z mozaizmem. Stary Testament opisując podbój Kanaanu przez Izraelitów w II tysiąclecia p.n.e. daje liczne tego dowody. Przymierze z Bogiem czyli wybranie zbiorowości wyznawców, pozwala kapłanom Jahwe sakralizować tego typu zachowania Hebrajczyków.
Chrześcijaństwo mając korzenie judaistyczne również przejęło hebrajską tradycję narodu wybranego. To chrześcijanie, wyznawcy Jezusa Chrystusa – według reguł i działalności św. Pawła z Tarsu (bo to on de facto dał podwaliny chrześcijaństwu w obecnym kształcie) – stawali się narodem wybranym pośród barbarzyńców, heretyków i osobników o wątpliwym z tej racji człowieczeństwie. Mieli krzewić swą jedynie-prawdziwą wiarę religijną na całym świecie. I nie ważne, iż w tych metodach sięgali nader często po miecz, armaty, karabiny czy szable, nie wspominając o potwarzach, kłamstwach, oszczerstwach, donosach, przemocy symbolicznej i psychicznej, torturach i knajackim języku. Ochoczo płonęły stosy, katowskie topory spadały na oporne szyje, szubieniczne sznury dyndały nagminnie. Wiele ruchów społecznych, politycznych, kulturowych wywodzących się z tradycji europejskiej, czyli poniekąd chrześcijańskiej (ale tak samo judaistycznej, muzułmańskiej gdyż tzw. religie Abrahamowe mają wspólne korzenie i tożsamość) siłą rzeczy nawiązywało do tej wygodnej – bo usprawiedliwiającej wszelkie formy działalności publicznej – idei. Teraz wybierać miał kto inny, nie Bóg: dla jakobinów z Wielkiej Rewolucji Francuskiej była to idea Rozumu podniesiona do rangi bóstwa, z całym ceremoniałem i obrzędowością quasi-religijną. Dla radykalnych bolszewików też uważających się za naród wybrany – Trocki, Zinowiew, poniekąd Lenin – mających nieść światu wolność tym czymś co ich nobilitowało, co tłumaczyło ich wszelkie czyny była idei marksizmu-leninizmu (cokolwiek to dziś oznacza), kult postępu i bezkrytyczne przekonanie o swoich racjach. Byli zakonem wśród reakcjonistów, imperialistów, burżujów. Swoistym kościołem i quasi-religijną sektą z własnymi obrzędami i ideologią.
Podobnie uzasadniali swe podboje kolonialne ludzie Zachodu: wybrani przez chrześcijańskiego Boga (tak katolicy jak i protestanci) nieść mieli wyższą kulturę i cywilizować ludy tzw. „nie-zachodniego świata”. Czyniąc ziemię i ludy ją zamieszkujące swymi poddanymi. Także i dziś analogiczne elementy, choć z inną interpretacją i argumentami, spotykamy w odniesieniu do „szerzenia demokracji” liberalnej nie tylko w poza-europejskim świecie. Także w Europie wobec oponentów.
Jakakolwiek partia polityczna, jakiekolwiek elity czy mainstream, które nie zważając na porządek demokratyczny, reguły państwa prawa, zasady cywilizowanego parlamentaryzmu i oświeceniowej tradycji politycznej, uczestniczą w tworzeniu wokół swych instancji, wokoło swego logo i programu aureolę sprawiającą wrażenie jakoby tylko oni i ich zwolennicy byli owym „narodem wybranym„, zakonem czy sektą mogącymi dostąpić zaszczytu egzystencji i rządzenia oraz głoszenia prawdy, nie są godne miana nowoczesnej, modernistycznej, pro-wolnościowej formacji. Ten groźny precedens znany jest np. z czasów Republiki Weimarskiej, Italii lat 20-tych czy stalinowskich represji w ZSRR. W tych krajach też tworzono formy organizacyjne zbliżone do sekt, zakonów czy organizmów społeczno-administracyjnych egzemplifikujących ideę „narodu wybranego”. Grano na emocjach, podgrzewano namiętności, stymulowano fobie, szczuto na INNEGO. Tak jest zawsze gdy własnym emocjom, afektom, wyznawanym wartościom przyznajemy absolutną palmę pierwszeństwa i nieomylności. Efekty są zawsze takie same.
Radosław S. Czarnecki
Wrocław
Data publikacji: 2026-10-24

Komentarze
Hieny jako wzorzec cywilizacyjny — Brak komentarzy
HTML tags allowed in your comment: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>